wtorek, 22 stycznia 2013

Rozdział 3.

Rozdział miał być dłuższy, ale chciałam dodać go jeszcze w ferie, a dziś chyba jest ostatni dzień, kiedy mam czas. Sorki, ale muszę nadrobić cały tydzień sprzed ferii, kiedy nie byłam w szkole. :x   + po feriach mnóstwo sprawdzianów, kartkówek, do tego zaliczanie zaległych sprawdzianów i kartkówek. Taak, musiałam sobie ponarzekać.  

  Właśnie oglądałam ostatni odcinek Sword Art Online*, kiedy drzwi do mojego pokoju się uchyliły i ujrzałam wyglądającą zza nich zatroskaną twarz mamy, otoczoną burzą jasnych loków. Natychmiast wstałam z łóżka, zatrzymałam film i znów usiadłam.
- Hej, Ellie. Właśnie dzwoniła mama Claudii. Mówiła, że nie wróciła na noc, nie ma pojęcia, co się z nią dzieje, a z jej głosu wnioskuję, że jest na skraju załamania. Widziałaś się z nią może wczoraj? Nie informowała cię, czy gdzieś idzie? – spytała zmartwionym tonem.
- Nie – odparłam szczerze zdziwiona. Dziewczynie nigdy nie zdarzało się znikać z domu na noc. – Wczoraj nie była w szkole, a potem do niej nie poszłam, bo całe popołudnie… - urwałam i odwróciłam wzrok. „Czekałam godzinami w krzakach przy jakimś sklepie na Jacka, który ścigał kolesi ze średniowiecza”. - …siedziałam w bibliotece – skłamałam. – Przykro mi, też się o nią martwię – pokręciłam z rezygnacją głową.
- No dobrze – westchnęła. – Daj mi znać, jak czegoś się dowiesz. Tak w ogóle, to… co ty oglądasz? – wskazała na monitor.
- Mamo… - mój głos zwiastował tysięczną z rzędu kłótnię pt. „To nie są chińskie bajki”.
Kobieta tylko przewróciła oczami, a ja odpowiedziałam słabym uśmiechem. Gdy zamknęła drzwi, sięgnęłam po telefon i wybrałam numer Jacka. Jeśli przyjaciółka do kogoś się odezwała, to tylko do niego.
    Nie odebrał. Spróbowałam jeszcze raz.
    Wstałam i podeszłam do okna; słońce górowało i mocno świeciło nad naszym małym miasteczkiem. Niecierpliwie czekałam, aż chłopak w końcu naciśnie tę zieloną słuchawkę. Kiedy tylko sygnał ucichł, zapytałam napastliwie:
- Wiesz, co się dzieje z Claudią? Nie było jej w domu od wczorajszego ranka.
- Słuchaj, wiem, że mi nie uwierzysz, ale Łowcy…
- Masz rację, nie wierzę ci – przerwałam mu ostrym tonem. - Mów. Kontaktowała się z tobą?
- Oni ją p o r w a l i! – krzyknął kładąc nacisk na ostatnie słowo.
- Łowcy Obdarzonych? – prychnęłam. – Nie wierzę. Po prostu nie wierzę. Czy ty nie rozumiesz, że to nie czas na twoje gierki?! Ostatecznie ona jest twoją dziewczyną, powinieneś jej pomóc!
- A ty jesteś idiotką. Zaraz u ciebie będę.
Rozłączył się. Ścisnęłam telefon w dłoni i zaczęłam głośno oddychać próbując się opanować. Po co ja w ogóle do niego dzwoniłam? Tylko mnie denerwował.
Po chwili pojawił się. Nawet nie raczył użyć swego daru bezszelestnego chodzenia – albo przynajmniej po ludzku cicho wejść – tylko wparował z hałasem do mojego pokoju i zatrzasnął drzwi. Obrócił mnie twarzą do siebie, pochylił się do przodu i oparł dłonie na kolanach, by spojrzeć mi w oczy.
- Wiem, że masz mnie za wariata, ale musisz mi uwierzyć. Naprawdę sądzisz, że mnie to bawi? Kocham Claudię, zależy mi na niej i nie pozwolę, by stała jej się krzywda. – Widziałam, że sili się na spokojny ton, ale jego brązowe oczy zdradzały wszystko – wściekłość, troskę i… prośbę? Czyżby błaganie o zrozumienie?
Wbiłam spojrzenie w podłogę. Nagle zrobiło mi się wstyd. Co, jeśli ta jego bajka o Łowcach jest prawdziwa? Jeśli oni mają moją przyjaciółkę?
- Proszę. Przestań udawać, że jesteś najmądrzejsza i chociaż raz w życiu spróbuj komuś zaufać – wycedził.
Skierowałam na niego moje olbrzymie niebieskie oczy.
- Dobrze – odpowiedziałam cicho i krótko.
Jack wyprostował się, przeczesał ręką włosy i wydał z siebie przeciągłe westchnienie ulgi; najwyraźniej zadowolił go spokojny, ustępliwy ton mego głosu.
Podeszłam do łóżka i usiadłam. Podkuliłam nogi, oplotłam je ramionami i położyłam głowę na kolanach. Chłopak po chwili wahania opadł ciężko obok mnie.
- Słucham – zachęciłam go łagodnie.
- Oni ją mają. Widziałem. Wczoraj cię odprowadziłem i szedłem do domu na skróty, przez las. Oni tam stali, między drzewami. – Zacisnął mocno powieki, jakby „oni” byli aż tak straszni, że samo wspomnienie go przerażało. – Trzymali dziewczynę. Miała związane ręce i nogi, stała odwrócona do mnie plecami. W świetle księżyca zauważyłem jej długi blond włosy. To na pewno Claudia – mówiąc to, wlepił we mnie szeroko otwarte oczy. – Poznałbym ją zawsze i wszędzie. Łowców było czterech: ubrani w czarne peleryny z mieczami lub łukami w dłoniach. – Na wzmiankę o mieczach miałam ochotę parsknąć śmiechem, jednak wiedziałam, ze chłopak mówi prawdę; nie wymyśliłby czegoś takiego. Kontynuował: - Przemieszczali się na koniach. Oczywiście mógłbym spróbować odbić dziewczynę, ale wiesz… pomyślałem o tych twoich błyskawicach i w ogóle… - urwał, zacisnął usta w wąską kreskę i zaczął rozglądać się po pokoju starając się unikać moich oczu. Nic więcej nie mówił – nie musiał. Jego twarz wyrażała niemą prośbę, niemal błaganie, które natychmiast zrozumiałam.
- Chcesz, żebym ich… zabiła? – zamrugałam.
W odpowiedzi pokiwał gorliwie głową.
- Nigdy nie zabiję człowieka – powiedziałam stanowczo. Wstałam i zaczęłam krążyć nerwowo po pokoju. – A nawet jeśli, to nie w lesie. W ten sposób mogłabym wzniecić pożar.
- Czyli jednak bierzesz pod uwagę użycie swego daru na Łowcach? – wziął głęboki oddech i wstrzymał powietrze w płucach, mając nadzieję, że odpowiem „tak”. Ja tylko przyglądałam mu się z konsternacją. Co miałam zrobić? Naprawdę, nikogo nie zabiję. Ale może powinnam się zastanowić, co Jack ma począć? Przecież nie zniesie bezczynnego czekania na cud. A kogo mógł poprosić o pomoc? Nikt z tych, których byłby w stanie wtajemniczyć w sprawę z Łowcami, nie posiadał daru, który daje możliwość zabijania. Tylko ja.
- Nie… Nie wiem. – Rozłożyłam bezradnie ręce. – Ewentualnie mogłabym użyć mocy jak paralizatora, to nie zrobiłoby większej krzywdy – zgodziłam się ostatecznie.
Chłopak momentalnie zerwał się z łóżka, przykucnął przy mnie i ujął moje dłonie.
- Naprawdę? – Wyszczerzył zęby. – Zrobisz to?
Jego uśmiech udzielił się mnie.
- Taaak. W końcu czego się nie robi dla świrusów? Wyglądasz, jakbyś prosił mnie o rękę. Obrzydliwy widok, uwierz. Wstań i puść mnie.
Uczynił to, co kazałam, nadal susząc zęby i zerknął na zegarek.
- Muszę już lecieć. Myślę, że możemy zacząć naszą akcję ratunkową dziś po południu. Możesz?  - Przytaknęłam. – Świetnie. To… do zobaczenia.
Jack rzucił się do drzwi, lecz zatrzymał się z ręką na klamce. Odwrócił się, otworzył buzię, żeby coś dodać, lecz chyba się rozmyślił i rzucił tylko krótkie „dzięki”. Zmusiłam się do lekkiego uśmiechu, który natychmiast zniknął. Gdy tylko chłopak wyszedł, nogi się pode mną ugięły i opadłam na podłogę. Ukryłam twarz w dłoniach.
    Boże, w co Claudia się wpakowała? W co JA się wpakowałam? 


______________________________________

*SAO - świetne anime, jedno z moich ulubionych. <3

sobota, 19 stycznia 2013

Rozdział 2.

Ten rozdział trochę dłuższy od poprzedniego, soł indżoj. :3

    - Kto?! Jacy Łowcy? – zapytałam nieco głośniej niż zamierzałam, odrzucając rękę chłopaka. Jack spojrzał na mnie z politowaniem.
- Kurde, El, mogłabyś choć trochę uważać na historii – powiedział, za co dostał kuksańca w żebra. Zaśmiał się cicho, po czym nagle spoważniał. – To nie czas ani okoliczności na wyjaśnienia – szeptał bardziej do ściany sklepu niż do mnie, więc przyłożyłam mu mocno pięścią w brzuch (który znajdował się na wysokości moich oczu, szczerze przyznaję).
- Co to za Łowcy? Łowcy Obdarzonych? – ponaglałam go, lecz on znów patrzył na ścianę, zamyślony. Po następnym, mocniejszym uderzeniu wreszcie przeniósł wzrok na mnie. – Oni chcą nas złapać? Zabić?
    Jack wpatrywał się we mnie, najwyraźniej pogrążony we własnych myślach.
    Nie no, zawiecha w takim momencie. Znakomicie.
    Przewróciłam oczami i już chciałam na niego nawrzeszczeć, choć wiedziałam, że w tej sytuacji to nienajlepsze wyjście, kiedy chłopak oprzytomniał i złapał mnie za ramiona.
- Zostań tutaj, zaraz wracam – powiedział stanowczo, niemal rozkazał.
- Ani. Mi. Się. Śni! – oburzyłam się, kładąc nacisk na każde słowo z osobna i zrzucając ze złością jego ręce z moich ramion. Powoli robiło się ciemno, więc nie chciałam zostać tu sama. Zwłaszcza, jeśli ktoś próbował nas zabić. Jack odwrócił się i zaczął zmierzać w stronę ulicy.
- Zostań – rzucił przez ramię.
- Nie jestem psem, żebyś tak do mnie mówił – mruknęłam, ale jego już nie było. – Będziesz miał mnie na sumieniu, jeśli zastaniesz mnie nieżywą, bez zębów, z wydłubanymi oczami, wyrwanymi włosami, powykręcanymi kończynami, całą zalaną krwią.
Westchnęłam głośno i rzuciłam szkolną torbę na ziemię. Ogarnięta zmęczeniem położyłam się na trawie z zeszytami pod głową. Co za kretyn! Jak mógł mnie tak zostawić?! Z nerwów zaczęłam wyrywać kępki trawy. On nawet nie wyjaśnił mi, kim są ci Łowcy! Czy oni mogą być groźni? Czy może po prostu bawi się z kumplami w jakieś pokićkane nie-wiadomo-co, założył się z nimi, że mnie wystraszy? Wspominał coś o historii… Co ona ma z tym wszystkim wspólnego? Cholerny historyczny maniak! Mimo że po krótkim zastanowieniu stwierdziłam, że to lepiej, że sam poszedł – ma taki dar, że może poruszać się kompletnie bezszelestnie – to i tak byłam na niego piekielnie wściekła.
    Leżałam tak mniej-więcej pół godziny. Niedługo zapadnie zmrok. Która może być godzina? Jest na pewno późno, mama pewnie się martwi. Ale nie dzwoniła, dziwne. Wyjęłam telefon. Rozładowany. Zaklęłam pod nosem. Zamknęłam oczy i postanowiłam cierpliwie czekać na chłopaka. Teoretycznie powinnam się nie bać; to mądry facet i wie, co robi. Ale teoria a praktyka to dwa odległe od siebie światy. Kiedyś miałam fazę na medytację, techniki relaksacyjne i takie tam… Jak to było? Wdech, wydech, policz do dziesięciu, tak? A teraz nie myśl o tym, że leżysz kompletnie sama obok jakiegoś monopolowca, podczas gdy się ściemnia!
    Usnęłam. Obudziłam się, gdy usłyszałam czyjś oddech. Uniosłam ostrożnie powieki i jedyne, co ujrzałam na tle ciemnego nocnego nieba, to ludzkie oczy. Otworzyłam usta w niemym krzyku i w tej samej chwili ktoś zakrył je dłonią, co mnie jeszcze bardziej przeraziło.
- Luuuz, to tylko ja, Jack – usłyszałam znajomy, spokojny głos. Chłopak zabrał rękę, a ja odetchnęłam z ulgą i uniosłam się do pozycji półleżącej.
- Spałaś. – Przyklęknął obok mnie i pochylił się lekko w moją stronę. Na jego twarzy pojawił się figlarny uśmieszek, zęby błysnęły w ciemności. – Wiesz, że to było nierozważne? Mógł cię porwać jakiś zboczeniec, na przykład. Choć z drugiej strony… Co ty rozsądnego zrobiłaś w życiu?
- Po co ty tam poszedłeś? – przeszłam do konkretów, ignorując jego uwagę.
- Żeby tropić naszych kochanych Łowców – rzucił tak lekko, jakby codziennie śledził jakichś podejrzanych typków.
- Bawiłeś się w Sherlocka? – uniosłam powątpiewająco brew.
- Jasne. Mógłbym uczynić cię moim Watsonem, ale jesteś zbyt smarkata. – Znów ten przeklęty, słodki uśmieszek!
Przygryzłam wargę i zacisnęłam dłonie w pięści powstrzymując się od ciśnięcia w niego piorunem. Nienawidzę, gdy prowokuje kłótnie.
- To, że jestem od ciebie 2 lata młodsza i jakieś 30 centymetrów niższa, nie oznacza, że…
- Przymknij się – poprosił łagodnie, przerywając mój bulwers. – Chcesz wiedzieć, czego się dowiedziałem?
Ciekawość wzięła górę. Wydałam z siebie ciężkie westchnienie, kiwnęłam głową, przesunęłam się pod ścianę sklepu i oparłam o nią. Jack usiał przy mnie, również się opierając.
- Nic nam nie grozi – rzekł tylko.
Nastała długa chwila ciszy.
- To wszystko? – spytałam po minucie milczenia. Zamknęłam oczy i skupiłam się na oddychaniu, żeby nie zrobić mu krzywdy.
- Mhm. Poszli sobie w inną stronę.
Odwróciłam głowę ku niemu. Miał zadowoloną minę; widocznie czerpał satysfakcję z nowego sposobu irytowania mnie. Ale ja zdecydowałam: nie dam się tak łatwo sprowokować.
- Skąd wiesz, Sherlocku? Widziałeś ich?
- Nie widziałem. – Zauważając moje pytające spojrzenie, dodał szeptem: - Historia, kotku.
- Wiem, że jesteś popieprzonym maniakiem, ale nie wszyscy uwielbiają się uczyć o wydarzeniach z przeszłości, mój drogi Napoleonie, więc łaskawie oświeć tę większość.
- Dlaczego Napoleon?
- Bo tak – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. Czułam, że nerwy mi puszczają.
- Solidny argument – parsknął śmiechem.
- Mów – rozkazałam.
- Okej – spoważniał i zaczął wykład tym swoim profesorskim tonem. – Łowcy Obdarzonych to organizacja, która została utworzona na początku XV wieku, czyli jakieś 200 lat po naszym przybyciu na tę planetę. Założyli ją oczywiście Nieobdarzeni, ponieważ czuli się gorsi od Obdarzonych. Jak pewnie się domyślasz, ich celem było wyłapanie Obdarzonych. Co z nimi robili – o tym krążą różne legendy. Jedni mówią, że byli wampirami i wypijali krew swoich ofiar do ostatniej kropli; inni, że robili na nich różnego rodzaju eksperymenty; znajdą się też tacy, którzy myślą, że Nieobdarzeni w jakiś sposób wysysali z Obdarzonych dar. Oczywiście każdy uważa Łowców za legendę, zmyślonych bohaterów – ja jednak jestem stuprocentowo pewien, że ta organizacja nadal istnieje, a Łowcy Obdarzonych grasują po całym świecie szukając ludzi z darem. – Zamilkł na chwilę. Odchrząknęłam, żeby o coś zapytać, ale on kontynuował ciszej, zamyślony, zapatrzony gdzieś w przestrzeń: - Uprzedzam twoje pytanie – wiem o tym z pewnego źródła, o którym nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział. Być może kiedyś ci powiem. – Siedział tak jeszcze przez moment, rozmyślając o sobie tylko znanym „źródle”, aż w końcu spostrzegł, że mu się przyglądam. Wyglądał na zmieszanego (chyba pierwszy raz w życiu), lecz po chwili znów uśmiechnął się tak słodko, jak to tylko on potrafi, wstał i wyciągnął do mnie rękę. – Idziemy?
- Poradzę sobie. – Odtrąciłam jego dłoń i wstałam sama. Schyliłam się po torbę i zamarłam. Zmarszczyłam brwi. – Nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Skąd wiedziałeś, ze poszli sobie w inną stronę i nic nam nie grozi? Przecież widziałeś ich tylko przez chwilę.
- Jesteś zbyt dociekliwa, złotko. Jutro i tak muszę wszystko opowiedzieć Claudii, więc odpowiem na wszystkie twoje wścibskie pytania. Chodź już! – krzyknął, a ja zarzuciłam torbę na ramię i zaczęłam biec zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo zdążył się już ode mnie oddalić.

piątek, 18 stycznia 2013

Rozdział 1.

No więc, rozdział pierwszy, mam nadzieję, że się spodoba. :3 Z góry przepraszam, jeśli jest za krótki. >.<

    - Bo… równik… ee… tego… no… ma tysiąc… yy…
    Znudzona, siedziałam na lekcji geografii bujając się na krześle i starając się zrozumieć jąkanie nauczycielki. Boże, co ją podkusiło, żeby wybrać ten zawód? Zero energii. Zero entuzjazmu. Zero pasji w tym, co robi.
    - A południki… południki… ee… to wiecie… yy… panna Collins! – krzyknęła (łał, skąd wzięła tyle energii, by podnieść głos?!), gdy zauważyła, że prawie śpiąc wytwarzam malutkie błyskawice między palcami. Zerknęłam na niską, pulchną kobietę w okularach, uniosłam brew i uśmiechnęłam się półgębkiem, by po chwili wrócić do tworzenia moich minimalistycznych piorunów. Nie przejęłam się tym, że zwróciła mi uwagę – bo co mi zrobi? Przecież mnie nie spali, bo straciłaby pracę. Używanie daru w szkole – zarówno przez nauczycieli, jak i uczniów – jest niedozwolone. Oczywiście, mogłaby donieść, na przykład dyrektorowi, że używam swej mocy na lekcji, ale kto w naszym liceum traktuje tego babsztyla poważnie? No właśnie, nikt.
    Czułam, jak nauczycielka przewierca mnie wzrokiem ze złością. Zakasłałam, żeby zamaskować śmiech. Ach, nie ma to jak zacząć dzień od wkurzania geograficzki!
    Hm, pewnie zastanawiacie się, jak ma na imię ta miłośniczka geografii? Jestem Ellie. Ellie Collins. Zazwyczaj główne bohaterki książek są wyjątkowe, mają mnóstwo jakichś specjalnych umiejętności, są takie „och” i „ach”, prawda? Cóż, ja posiadam jedynie nędzny, totalnie nieprzydatny dar – umiem wytwarzać błyskawice. Nie latam, nie potrafię zmienić się w księżniczkę. Biedna ja. Poza tym, urodą nie grzeszę. Włosy mam byle jakie – mysiego koloru, do połowy pleców, ni to fale, ni to proste; do tego mój garbaty nochal. Jedyne, co lubię w mojej twarzy, to oczy: olbrzymie, w ślicznym odcieniu błękitu. Żebym była sobą, muszę jeszcze trochę ponarzekać: jestem zdecydowanie za niska. Chyba mi nie wmówicie, że wzrost 161 centymetrów w wieku 17 lat to normalność? Naprawdę, nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jakie to jest upokarzające, gdy wchodząc do kina na film 16+ tylko ja muszę udowadniać, że chodzę do liceum, a nie do podstawówki.
                          
                                                       ***

    - Elluś! – Jack, chłopak mojej przyjaciółki, klepnął mnie mocno w plecy na powitanie, niemal spychając mnie z chodnika pod samochód. Rzuciłam mu spojrzenie, które moi znajomi doskonale znali, mówiące: „Jeszcze raz tak mnie nazwiesz, a poczujesz, jak to jest włożyć dwa palce do gniazdka”. – Claudii nie było w szkole? – ciągnął niezrażony.
- Nie – odburknęłam. Tolerowałam go tylko ze względu na przyjaciółkę, Claudię. Jednak dziś nie miałam najmniejszej, nawet maciupeńkiej ochoty na rozmowę z nim, z dwóch powodów: jeden – wracałam ze szkoły i byłam zmęczona; dwa – Claudia, jedyna osoba, dzięki której dawałam radę przetrwać 7 godzin w tym więzieniu, nie raczyła dzisiaj przyjść, więc byłam wkurzona,
- Martwię się o nią. – Zmarszczył brwi z troską. – Nie odpisuje na moje smsy, nie odbiera tele… O cholera – przerwał nagle i stanął jak wryty, gapiąc się przed siebie.
- Co się…? – nie dokończyłam, bo Jack zaciągnął mnie za róg sklepu, który akurat mijaliśmy. Otworzyłam usta, żeby nawrzeszczeć na niego i spytać, co on wyprawia, ale położył mi palec na ustach.
- Cii – szepnął. – To Łowcy.


________________________________________




Lekcja geografii - true story. <

środa, 16 stycznia 2013

Prolog.

Siema. :3 Zaczynam pisać kolejne opowiadanie, ale jak długo pociągnę - tego nie wiem, ale zazwyczaj kończę opowiadanie na 2-3 rozdziałach. Mam nadzieję, że w tym wypadku tak nie będzie, bo będę miała dla kogo pisać (nie, wcale nie prowokuję, żebyście komentowali XD). Jedna mała uwaga: NIECH MI KTOŚ TYLKO POWIE, ŻE SZABLON JEST NIEŁADNY, TO OSOBIŚCIE SPALĘ NA STOSIE! Męczyłam się z nim godzinę, doceńcie.
Soł, aj hołp ju lajk it. :]

Obdarzeni
Prolog.
    Dawno, dawno temu.
    W całkiem innym świecie, niezliczone biliony lat świetlnych od Układu Słonecznego, znajdowała się planeta zwana Amaru. Była ona odpowiednikiem naszej Ziemi: istniało na niej życie, ludzie – na pozór tacy sami jak ziemscy, woda, zwierzęta, rośliny, a technika dorównywała technice na Ziemi. Jednak na Amaru populacja była o wiele niższa niż na naszej planecie, a tak zwani ludzie różnili się czymś od typowych przedstawicieli gatunku homo sapiens. Mianowicie, każdy człowiek na tym świecie posiadał Dar. Każdy, bez wyjątku. Już malutkie dziecko, zaraz po urodzeniu potrafiło strzelać piorunami z dłoni, rozpalać ogień jednym paluszkiem, czy zamrażać dotykiem. Rodzajów darów istniało mnóstwo, ale była bardzo ważna zasada: na każdą osobę przypada jeden Dar. Tak więc nikt nie mógł pochwalić się więcej niż jedną specjalną umiejętnością.
    Pewnego dnia urodził się chłopiec hojnie obdarzony – potrafił teleportować się gdziekolwiek sobie zażyczył, a przy tym był w stanie zabrać ze sobą tylu ludzi, ilu tylko zapragnął. W młodości używał swego Daru do całkiem niewinnych celów, jednak na starość oszalał. W jednej chwili, pod wpływem nagłego, niezrozumiałego impulsu skupił się na swojej mocy i powiedział głośno: „Chcę przenieść się w inny świat; być tam, gdzie wszystko jest inne, a jednocześnie takie samo; tam, gdzie my, Obdarzeni, będziemy rządzić, a wszyscy inni podporządkują się nam. Wraz ze mną przeniesie się każdy – co do jednego – mieszkaniec Amaru”.
    Pstryk!
    Planeta opustoszała.
    Znów: pstryk!
    Obdarzeni pojawili się na Ziemi.
    Ziemianie przestraszyli się ludzi, którzy nagle zjawili się na ich terenie i w dodatku używających nadprzyrodzonych mocy. Przybysze z Amaru natychmiast skorzystali z okazji i zgodnie z wolą starca osiedlili się na planecie, podporządkowując sobie Ziemian i pomiatając nimi. Mimo powszechnego pogardzania istotami ziemskimi, rodziły się dzieci, które miały matkę z Amaru i ojca z Ziemi lub odwrotnie. Od momentu zasiedlenia planety przez obcych minęło 700 lat. W wyniku kombinacji DNA, posiadanie Daru uległo pewnego rodzaju deformacji – dzieci zostawały obdarzane dopiero w wieku 14-16 lat, a jeśli po skończeniu 16 lat okazało się, że dziecko nie ma żadnej specjalnej zdolności… cóż, oznaczało to, że jest ono skazane na pogardę, upokorzenie. Mimo wielu buntów, walk o równość, sytuacja Nieobdarzonych od kilkuset lat się nie zmienia – wciąż są poniżani.
    Więc, albo rodzisz się jako Obdarzony… albo równie dobrze możesz umrzeć.