sobota, 16 lutego 2013

The end?

Ekhm, żegnajcie?
Wymiękłam po 4. rozdziałach. Myślałam, że dam radę dłużej, ale cóż. Może kiedyś napiszę ten następny rozdział, ale na razie daję sobie z tym spokój. Po prostu już nie mam siły na nic, na bloga również, lecz najbardziej na szkołę - a to ostatnio zawaliłam i muszę się skupić właśnie na nauce (3 gimnazjum, zrozumcie). Dlatego zawieszam bloga. Dziękuję wszystkim za czytanie moich wypocin i komentarze, kocham was. :3
Bye ~

+ prośba do dziewczyn, żeby nie męczyły mnie o dalsze pisanie.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Rozdział 4.

4 rozdział dodany 'dzięki' szantażowi pewnego zuego człowieka. XD Tak, możesz czuć się zaszczycona, pozwalam.
Krótka instrukcja dodawania komentarzy special for Em: pod tym okienkiem na komentarz masz "Komentarz jako:" i tu sobie ustawiasz na "Anonimowy". Proste. ^^
Od teraz będę dodawać rozdziały podzielone na dwie części: jedna w narracji Ellie, druga Shane'a (w następnym będzie więcej Shane'a). Tak, Danio, ciesz się.  
 Dziękuję za wszystkie komentarze. :3

   - Przydałby się łuk, co? - szepnęłam do Jacka, gdy staliśmy za jednym z drzew ukradkiem obserwując Łowców Obdarzonych. Wyglądali, jakby byli z innej epoki, tak jak opisywał ich chłopak: czarne peleryny, kaptury na głowach, miecze i łuki, do tego trzy ładne, potężne konie. Przy ich bokach zwisały tobołki. Mimo że Jack mówił o czterech osobach i dziewczynie, ja zauważyłam w znacznej odległości od nich jeszcze jedną, leżącą nieruchomo postać i pochyloną nad nią Claudię. Nie trudno było odgadnąć, co robiła – moja przyjaciółka posiada cenny dar uleczania. Z tego powodu wątpiłam w łatwe oddanie nam dziewczyny; mogła się bardzo przydać barbarzyńcom.
- Słuchaj, mam plan – mówił chłopak nie spuszczając oczu z Łowców. – Ja cię wezmę na ręce i bezgłośnie zbliżymy się do nich, zajdziemy któregoś od tyłu i ty go porazisz prądem jak paralizatorem…
- A pozostali tego nie zauważą – dokończyłam za niego bardziej przerażona tym, że Jack miałby mnie nieść na rękach niż samym pomysłem. Zerknęłam na niego i pokręciłam głową z politowaniem. – Byłbyś znakomitym średniowiecznym rycerzykiem, serio, ale strateg z ciebie żaden. – Widząc jego zaciśnięte w wąską kreskę usta uśmiechnęłam się i dodałam: - Mam lepszy pomysł.
Wyszłam zza drzewa i zaczęłam iść pewnym krokiem, nie próbując nawet zachować ciszy, w stronę odwróconych tyłem postaci. Usłyszałam jeszcze jak mój towarzysz klnie i zbliżyłam się do kogoś szczupłego, ale niewysokiego, opartego niedbale o solidny miecz.
- Hej… - zagadnęłam i uśmiech, który dopiero się pojawił, teraz zamarł na mych ustach. Człowiekiem, który się odwrócił, była drobna dziewczyna, mniej więcej w moim wieku, może nawet młodsza. Jej długie czarne włosy zlewały się z płaszczem. Ku mojemu zdziwieniu, Łowczyni uśmiechała się przyjaźnie. – Ee… Wiesz, zgubiłam się w lesie i… yy… Ale nie bój się, jestem Nieobdarzoną… - jąkałam się, szczerząc głupio zęby.
- Jezu, Ellie, jesteś beznadziejna – jęknął Jack, który nagle znalazł się przy mnie i ukrył twarz w dłoni z zażenowaniem kręcąc głową.
- Jesteście Obdarzonymi – stwierdziła po prostu brunetka, przechyliła głowę na bok i zaśmiała się.
Ramiona opadły mi z rezygnacją. Spytałam rozczarowana tak szybkim zdemaskowaniem:
- Skąd wiedziałaś?
Dziewczyna tylko uniosła brew i dalej się śmiała. Jej śmiech brzmiał tak dziwnie… miło i ciepło. Cóż, jak na kogoś, kto teoretycznie chciał nas zabić, zdecydowanie zbyt miło i ciepło.
- Oddajcie nam Claudię – rozkazał stanowczo, z zaciętą miną chłopak.
Nieznajoma spojrzała na niego wyraźnie zdziwiona napastliwością w jego głosie.
- Hej, przecież my jej nie trzymamy siłą – rzuciła łagodnym tonem. – Sama zaoferowała pomoc, gdy przechodziła tą drogą. A Shane umierał. Miał głęboką ranę w klatce piersiowej. – Odwróciła od nas wzrok, zapatrzyła się w las i kontynuowała cicho: - Liczyły się sekundy. Gdyby nie ona, jego serce mogło po prostu… - wykonała jakiś nieokreślony ruch ręką i nastała chwila ciszy, którą przerwał Jack.
- No więc, nie chcecie nas… no wiesz? – wyjąkał zakłopotany wskazując wielki miecz o który wciąż opierała się dziewczyna. Brunetka spojrzała na przedmiot jakby widziała go po raz pierwszy.
- Was? Tym? – parsknęła drwiąco i z lekceważeniem puściła zdobioną jakimiś błyskotkami rękojeść miecza. Broń ciężko opadła na pokrytą liśćmi ziemię. – Skąd. My nie zabijamy niewinnych ludzi. Istnieją Obdarzeni, którzy nas nienawidzą. Poniżają, znęcają się. Obwiniają za to, że natura nie dała nam daru. Porzucają. Wyobraźcie sobie, że istnieją maszyny, dzięki którym można wykryć obecność specjalnej umiejętności już u kilkumiesięcznego maleństwa. Oczywiście badanie za pomocą takiego sprzętu kosztuje fortunę, stać an to tylko zamożnych ludzi. Jak myślicie, co robią rodzice, gdy dowiedzą się, że ich ukochany synek jest Nieobdarzonym? – dziewczyna patrzyła to na mnie, to na Jacka. Wymieniłam spojrzenie z chłopakiem. Owszem, wiedzieliśmy. Brunetka pokiwała wolno głową i kontynuowała: - No właśnie. Wyrzucają, ot tak. Niektórych rusza sumienie i oddają dziecko do sierocińca. Chociaż lepiej dla niego już umrzeć niż tam trafić – rzuciła ostro z pogardą. – W bidulu nie mają do nas za grosz szacunku. Dlatego stamtąd uciekliśmy i zostaliśmy Łowcami. Dążymy do wolności, równości. I osiągniemy to. Tylko że są też Łowcy Nieobdarzonych i właśnie w ostatniej walce z nimi Shane omal nie zginął. - Dziewczyna wbiła wzrok w ziemię i z zakłopotaniem trącała stopą opadłe liście.
Przygryzłam wargę nieco zirytowana ciszą, która nastąpiła po opowieści nieznajomej. Zerknęłam na stojącego obok mnie Jacka i przewróciłam oczami na widok jego tępego wzroku wlepionego w Łowczynię. Dlaczego to ja zawsze musiałam przerywać te niezręczne momenty?
- Ee… - wyszczerzyłam zęby lekko speszona, gdy pozostała dwójka spojrzała na mnie. – Hm, jeszcze się nie przedstawiliśmy. Jestem Ellie  - wyciągnęłam rękę do dziewczyny, która obdarzyła mnie ciepłym uśmiechem.
- Noemi, miło mi. – Uścisk jej ręki niemal zmiażdżył mi dłoń. Z trudem powstrzymałam się od skrzywienia z bólu.
- A ten przymuł to Jack - Wskazałam na chłopaka.
Obie wpatrywałyśmy się w brązowookiego stojącego nieruchomo jak posąg.
- Jack… - mruknęłam zażenowana. W końcu uderzyłam go mocno w żebra i warknęłam: - Jack, idioto, obudź się!
Chłopak wreszcie oprzytomniał i zamrugał kilak razy, zanim odezwał się słabym głosem:
- Ach, tak. Jack. – Zignorował wyciągniętą do niego rękę dziewczyny utkwiwszy w niej spojrzenie. Eh, znów załapał zawiechę.
Spiorunowałam go wzrokiem, na co oczywiście nie zareagował. Co się, do cholery, z nim działo?
Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami i zwróciła się do mnie:
- Przedstawię wam resztę. Chłopaaaki! – krzyknęła tak piskliwie, że aż podskoczyłam.

                                                                         ***

    Umieram.
    Każdy kolejny skurcz serca czuję jako rozrywający ból w piersi. Pragnę ostatni raz ujrzeć słońce.
    Już nie skupiam się na bólu. Chcę tylko unieść powieki.
    Och, one są chyba z żelaza.
    Nie dam rady.  Nie dam rady…
    Poddaję się. Znów coś rozrywa mi pierś. Teraz rezygnuję nawet ze spazmatycznego oddychania. Czuję, jak powietrze mnie truje. Tylko przyspiesza to, co nieuniknione.
    Między jednym a drugim mizernym uderzeniem serca widzę czarno-biały film ukazujący moje dzieciństwo.  Sierociniec. Dzieciaki. Śmieją się. Ze mnie. Pokazują palcami. Jakaś dziewczyna. Uśmiecha się. Noemi. Na jej wspomnieniu film się urywa.
    To koniec.
    Odchodzę.
    Teraz już nic nie czuję. Zero bólu. Mogę swobodnie oddychać. Tlen już nie jest trucizną. A więc to tak jest w Niebie… Unoszę lekkie jak piórka powieki. Widzę Anioła. A właściwie Anielicę. Trzyma ręce na mojej piersi.
    - Cii – szepcze. – Nie ruszaj się. Jesteś jeszcze słaby, ale uleczę cię. Tylko to trochę potrwa.
    Marszczę brwi. Nic nie rozumiem.
    - Anioł – mruczę bez sensu, choć chciałem zapytać o to, gdzie jestem.
    Postać śmieje się perliście.
    - Nie jesteś w Niebie, a ja nie mam skrzydeł. Jesteś na Ziemi. Żyjesz.
    Otwieram szeroko oczy.
    - Żyję – powtarzam niedowierzając. Łza spływa mi po policzku. Łza szczęścia. Nagle odwracam głowę ze wstydem. – Łzy są babskie. – Żałuję tych słów od razu, gdy zdaję sobie sprawę, że wypowiedziałem je na głos, przy dziewczynie.
    - Nieprawda – protestuje łagodnie mój Anioł. – Łzy są ludzkie.