środa, 8 maja 2013
Hyyym :3
Kończę bloga, teraz już tak na serio. ^^ Wiem, że zabijecie mnie za to, że skończyłam na pięciu rozdziałach, ale na swą obronę dodam, że za kilka tygodni wracam z nowym blogiem, nowym opowiadaniem. :3 Soł, do następnego.
piątek, 29 marca 2013
5 rozdział. :D
Macie i cieszcie się. :D
*wiem, że pokopałam narracje >.< Jakby co, to pierwszy fragment jest Ellie, drugi Shane'a, a trzeci jest w trzecioosobowej narracji ;3*
____________________________________________________
Nareeeeszcie! :D Męczyłam się z tym rozdziałem niemiłosiernie, zresztą dobrze o tym wiecie. Następnego przed egzaminami się nie spodziewajcie (chyba że zacznę uczyć się historii - to zawsze skutkuje nowym rozdziałem). Tak w ogóle, to... WESOŁEGO ALLELUJA. :3 Smacznego jajka, wściekłego zajaca i takie tam. :D
PS. Kto idzie się porzucać śnieżkami w Lany Poniedziałek? :3
*wiem, że pokopałam narracje >.< Jakby co, to pierwszy fragment jest Ellie, drugi Shane'a, a trzeci jest w trzecioosobowej narracji ;3*
Łowcy Obdarzonych, wbrew naszym obawom, okazali się być przyjaźnie
nastawieni do nas. Nawet chłopaki, których przedstawiła nam Noemi, powitali nas
bez żadnej wrogości czy złośliwości. Czarnowłosa dziewczyna była młodsza ode
mnie, choć niewiele – miała 16 lat. Mimo to sprawiała wrażenie o wiele starszej
– nie ze względu na wygląd, lecz charakter, który ukształtowały warunki, w
jakich żyła. Ostatecznie nie każdego nastolatka stać na to, by uciec z
sierocińca, wieść koczownicze życie bez dachu nad głową i żywić się wyłącznie
tym, co sam zdoła upolować lub ewentualnie ukraść. Jeżeli chodzi o pozostałych
Łowców, było ich trzech: chłopak, którego wciąż uzdrawiała Claudia, młodszy
brat Noemi Jason i 17-latek o imieniu Chris. Jason to 13-letni nieśmiały chuderlawy
chłopczyk w zepsutych okularach naprawianych chyba z milion razy (szczerze
wątpię, że cokolwiek przez nie widział) i z potarganymi blond loczkami, które
ciągle odgarniał z czoła nerwowym gestem. Jakoś nie wyobrażałam sobie go
trzymającego w jednej ręce miecz, a drugą poprawiającego włosy czy okulary, no
ale nie będę oceniać po pozorach. Chris był natomiast dobrze zbudowany, wysoki
i przystojny, jednak urody ujmowała mu jego ponura mina. Gdy witaliśmy się,
burknął tylko „cześć” i poszedł postrzelać z łuku.
Po zapoznaniu się z nimi zobaczyliśmy, że Claudia wreszcie skończyła
uzdrawianie leżącego na ziemi Łowcy. Od razu rzuciła się Jackowi w ramiona (bo
przecież można olać przyjaciółkę…) i zaczęły się: łzy, pocałunki i rzyganie
tęczą. Nic ciekawego.
***
- Już… Już chyba koniec – szepnęła dziewczyna ledwo słyszalnym głosem.
Uniosłem powieki i ujrzałem ją. Już
nie trzymała dłoni na mojej piersi, tylko siedziała obok mnie opierając czoło
na kolanach i dysząc ciężko z wycieńczenia. Już chciałem przysunąć się do niej
i objąć ją – choć wyglądała tak krucho, że bałem się ją choćby dotknąć – ale
wtedy odwróciła się do mnie zauważając mój ruch i rzuciła bezgłośne
„odpocznij”, a ja spostrzegłem krople potu spływające po jej bladej twarzy oraz
ciemne obwódki okalające oczy. Poczułem nagłe ukłucie winy; jak długo ona przy
mnie siedziała? Ile godzin? Dni? Wyciągnąłem palec i delikatnie obrysowałem
sine kręgi pod jej oczami, jak gdybym mógł sprawić, że znikną za pomocą dotyku.
Niestety, nie jestem Obdarzonym, pomyślałem gorzko. Nie potrafię czarować.
Uzdrowicielka wzdrygnęła się – nie wiem, czy przez to, co robiłem, czy przez
to, co zobaczyła daleko za mną. Jej oczy rozszerzyły się, a usta otworzyły w
niemym zdumieniu. Szybko zerwała się na nogi i popędziła. Chciałem również
wstać, zobaczyć, dokąd biegnie, ale w chwili, kiedy już prawie stałem na
trzęsących się nogach, jakaś potężna kula ognia trafiła mnie w pierś. To było
ostatnim, co pamiętałem; później straciłem przytomność.
***
- Shaaane! – pisnęła Noemi na widok Claudii, a jej twarz rozjaśnił pełen
radości uśmiech. Dziewczyna w jednej chwili zmieniła się diametralnie z
dzielnej, walczącej o swą wolność nastolatki w malutką, wesołą,
rozentuzjazmowaną dziewczynkę. Z dziecięcym chichotem popędziła w stronę wciąż
leżącego na ziemi Łowcy. Ellie tylko powitała Claudię szybkim uściskiem,
pozwoliła przyjaciółce rozpłynąć się w ramionach Jacka i pobiegła za
czarnowłosą mając cichą, naprawdę cichutką nadzieję, że nieznajomy okaże
się ślicznym brunetem o czekoladowych
oczach. Gdy dziewczyna dogoniła Noemi, ta już klęczała przy chłopaku. Oddychała
szybko i płytko, pochylała głowę, a jej długie czarne włosy spływały na twarz
Łowcy całkiem go zasłaniając. Ellie również uklękła i zdezorientowana, nie
wiedzą totalnie co się dzieje i co robić, uczyniła jedyną rzecz, jaka w tej
chwili przychodziła jej do głowy.
- Hej… Co jest? – szepnęła łagodnie
kładąc dłoń na drżącym ramieniu Łowczyni. Obawiała się najgorszego, ale nie
ośmieliła się zadać t e g o pytania. Przecież
Claudia jest uzdrowicielką, prawda? T o nie
mogło się stać… Ona na pewno go uleczyła. Gdy z przymkniętymi powiekami
powtarzała w myślach te słowa jak mantrę, Noemi wreszcie się odezwała.
- Zeref… - wysyczała ledwo słyszalnym
głosem nadal dygocząc na całym ciele. Blondynka przekręciła głowę na bok i
palnęła głupie „hę?”, lecz pół sekundy później odskoczyła od brunetki i zakryła
dłonią usta dusząc krzyk. Przeraziło ją to, co zobaczyła; włosy Łowczyni
zaczęły się poruszać mimo wiatru – one żyły własnym życiem, wiły się jak węże…
- Zerefie! – krzyknęła potężnie Noemi
wstając i unosząc wysoko, dumnie podbródek. Jej usta drżały, a szmaragdowe oczy
szkliły się od łez – mimo tej zaciętej miny i suchych policzków. – Wiem, że tu
jesteś. Nie ukrywaj się. Pokaż się!
Wraz z tymi słowami jej włosy wróciły
do normalnego stanu; już nie przypominały macek ośmiornicy, były spokojne,
proste. Normalne.
W lesie nastała cisza, w której
słychać było tylko szybkie oddechy dziewcząt. Noemi rozglądała się ostrożnie
dookoła wyczulona na choćby najmniejszy ruch, Ellie natomiast wpatrywała się w
koleżankę całkowicie zdezorientowana. Myślała tylko jedno: „Wygląda na to, że
wpakowałyśmy się w niezłe gówno”…
Nagle ciszę przerwał odgłos czyichś
kroków; brunetka natychmiast odwróciła się w tamtą stronę jak czujne zwierzę.
Zza dużego drzewa kilka metrów dalej wyłonił się mężczyzna; pierwsze, co
przykuwało uwagę w jego wyglądzie, to oczy (jeśli w ogóle można nazwać je oczami)
– nie miały one tęczówek, a zamiast źrenic były małe, czerwone kropeczki. Zeref
miał na sobie długi, biały, ciągnący się za nim płaszcz. Ciągnęły się za nim
również włosy – niesamowicie długie, proste i zielone. Chwila… zielone?!
- No, no… - mruknął z szyderczym
podziwem i wykrzywił usta w kpiącym uśmieszku. Pod wpływem jego głosu Ellie
zadrżała i zapragnęła uciec dokądkolwiek, byleby jak najdalej od jego
przerażającego głosu i tych dwóch czerwonych punkcików, tak zwanych oczu. Noemi
wpatrywała się w niego z nieziemską wściekłością i nienawiścią, jednak z jej
twarzy dało się wyczytać namiastkę strachu. Zaciskała mocno dłonie w pięści,
najwyraźniej powstrzymując się przed natarciem na niego. Zeref mówił dalej tym
swoim złośliwym tonem zbliżając się powoli do dziewczyn: - Wyrosłaś na całkiem
silną i odważną dziewczynę. Gratulacje.
Wypowiadając ostatnie słowo zatrzymał
się dwa kroki przed brunetką i wykonał szybki, nieokreślonym ruch ręką w
powietrzu; w tym samym czasie Łowczyni gwałtownie spuściła głowę, wydała z
siebie cichy jęk i uniosła dłoń do twarzy, zupełnie jakby została
spoliczkowana. Po chwili opuściła rękę, a jej policzek znaczył czerwony ślad.
Kiedy się odezwała, cała jej zaciętość i złość wyparowała – nią całą zawładnął
strach, a w jej głosie dało się słyszeć
tak bardzo do niej niepodobne błaganie:
- Odejdź stąd… proszę. Zostawisz nas
wreszcie w spokoju?
Zielonowłosy parsknął śmiechem:
- Kpisz czy o drogę pytasz?
Ellie, która do tej pory stała jak
sparaliżowana, otrząsnęła się.
- Noemi, zostaw to mnie. Nie wiem, co
on wam zrobił, ale załatwię gościa jedną błyskawicą. – A przynajmniej mam taką
nadzieję, dodała w duchu. Mimo że jej głos drżał, za wszelką cenę starała się,
żeby całe jej 160 centymetrów wzrostu wyglądało groźnie i odważnie. Z marnym
skutkiem, jak się domyślała.
- Nie dasz rady. Jest za silny – szepnęła
zrezygnowana Łowczyni.
- Daj spokój. – Blondynka przewróciła
oczami i już chciała spalić mu te śliczne
zielone włoski, gdy Noemi krzyknęła do koleżanki:
- Nic mu nie zrobisz! On jest magiem,
kimś więcej niż Obdarzonym! Do tego zna magię czterech żywiołów! Prędzej on cię
zabije niż ty go draśniesz.
- Gadasz bzdury. To nie jest pieprzony
Hogwart – warknęła Ellie wytrącona z równowagi głupotami Łowczyni. Do ich rozmowy
wtrącił się Zeref.
- Nie wierzysz? – Uniósł brew i
zaczął leniwie zataczać kółka palcem. Kule czterech żywiołów – powietrza, wody,
ognia, ziemi – które musiał wytworzyć podczas konwersacji dziewczyn, kręciły się
dokoła w kierunku wyznaczanym przez jego palec i powoli zmniejszały zataczane koło. Wtedy
Noemi i Ellie zdały sobie sprawę, że jak tak dalej pójdzie, to kule staną się
jedną wielką bombą. Poczuły, że nogi odmawiają im posłuszeństwa i jednocześnie
szepnęły: „o cholera”.
____________________________________________________
Nareeeeszcie! :D Męczyłam się z tym rozdziałem niemiłosiernie, zresztą dobrze o tym wiecie. Następnego przed egzaminami się nie spodziewajcie (chyba że zacznę uczyć się historii - to zawsze skutkuje nowym rozdziałem). Tak w ogóle, to... WESOŁEGO ALLELUJA. :3 Smacznego jajka, wściekłego zajaca i takie tam. :D
PS. Kto idzie się porzucać śnieżkami w Lany Poniedziałek? :3
sobota, 16 lutego 2013
The end?
Ekhm, żegnajcie?
Wymiękłam po 4. rozdziałach. Myślałam, że dam radę dłużej, ale cóż. Może kiedyś napiszę ten następny rozdział, ale na razie daję sobie z tym spokój. Po prostu już nie mam siły na nic, na bloga również, lecz najbardziej na szkołę - a to ostatnio zawaliłam i muszę się skupić właśnie na nauce (3 gimnazjum, zrozumcie). Dlatego zawieszam bloga. Dziękuję wszystkim za czytanie moich wypocin i komentarze, kocham was. :3
Bye ~
+ prośba do dziewczyn, żeby nie męczyły mnie o dalsze pisanie.
Wymiękłam po 4. rozdziałach. Myślałam, że dam radę dłużej, ale cóż. Może kiedyś napiszę ten następny rozdział, ale na razie daję sobie z tym spokój. Po prostu już nie mam siły na nic, na bloga również, lecz najbardziej na szkołę - a to ostatnio zawaliłam i muszę się skupić właśnie na nauce (3 gimnazjum, zrozumcie). Dlatego zawieszam bloga. Dziękuję wszystkim za czytanie moich wypocin i komentarze, kocham was. :3
Bye ~
+ prośba do dziewczyn, żeby nie męczyły mnie o dalsze pisanie.
poniedziałek, 4 lutego 2013
Rozdział 4.
4 rozdział dodany 'dzięki' szantażowi pewnego zuego człowieka. XD Tak, możesz czuć się zaszczycona, pozwalam.
Krótka instrukcja dodawania komentarzy special for Em: pod tym okienkiem na komentarz masz "Komentarz jako:" i tu sobie ustawiasz na "Anonimowy". Proste. ^^
Od teraz będę dodawać rozdziały podzielone na dwie części: jedna w narracji Ellie, druga Shane'a (w następnym będzie więcej Shane'a). Tak, Danio, ciesz się. ♥
Dziękuję za wszystkie komentarze. :3
- Przydałby się łuk, co? - szepnęłam do Jacka, gdy staliśmy za jednym z drzew ukradkiem obserwując Łowców Obdarzonych. Wyglądali, jakby byli z innej epoki, tak jak opisywał ich chłopak: czarne peleryny, kaptury na głowach, miecze i łuki, do tego trzy ładne, potężne konie. Przy ich bokach zwisały tobołki. Mimo że Jack mówił o czterech osobach i dziewczynie, ja zauważyłam w znacznej odległości od nich jeszcze jedną, leżącą nieruchomo postać i pochyloną nad nią Claudię. Nie trudno było odgadnąć, co robiła – moja przyjaciółka posiada cenny dar uleczania. Z tego powodu wątpiłam w łatwe oddanie nam dziewczyny; mogła się bardzo przydać barbarzyńcom.
- Słuchaj, mam plan – mówił chłopak nie spuszczając oczu z Łowców. – Ja cię wezmę na ręce i bezgłośnie zbliżymy się do nich, zajdziemy któregoś od tyłu i ty go porazisz prądem jak paralizatorem…
- A pozostali tego nie zauważą – dokończyłam za niego bardziej przerażona tym, że Jack miałby mnie nieść na rękach niż samym pomysłem. Zerknęłam na niego i pokręciłam głową z politowaniem. – Byłbyś znakomitym średniowiecznym rycerzykiem, serio, ale strateg z ciebie żaden. – Widząc jego zaciśnięte w wąską kreskę usta uśmiechnęłam się i dodałam: - Mam lepszy pomysł.
Wyszłam zza drzewa i zaczęłam iść pewnym krokiem, nie próbując nawet zachować ciszy, w stronę odwróconych tyłem postaci. Usłyszałam jeszcze jak mój towarzysz klnie i zbliżyłam się do kogoś szczupłego, ale niewysokiego, opartego niedbale o solidny miecz.
- Hej… - zagadnęłam i uśmiech, który dopiero się pojawił, teraz zamarł na mych ustach. Człowiekiem, który się odwrócił, była drobna dziewczyna, mniej więcej w moim wieku, może nawet młodsza. Jej długie czarne włosy zlewały się z płaszczem. Ku mojemu zdziwieniu, Łowczyni uśmiechała się przyjaźnie. – Ee… Wiesz, zgubiłam się w lesie i… yy… Ale nie bój się, jestem Nieobdarzoną… - jąkałam się, szczerząc głupio zęby.
- Jezu, Ellie, jesteś beznadziejna – jęknął Jack, który nagle znalazł się przy mnie i ukrył twarz w dłoni z zażenowaniem kręcąc głową.
- Jesteście Obdarzonymi – stwierdziła po prostu brunetka, przechyliła głowę na bok i zaśmiała się.
Ramiona opadły mi z rezygnacją. Spytałam rozczarowana tak szybkim zdemaskowaniem:
- Skąd wiedziałaś?
Dziewczyna tylko uniosła brew i dalej się śmiała. Jej śmiech brzmiał tak dziwnie… miło i ciepło. Cóż, jak na kogoś, kto teoretycznie chciał nas zabić, zdecydowanie zbyt miło i ciepło.
- Oddajcie nam Claudię – rozkazał stanowczo, z zaciętą miną chłopak.
Nieznajoma spojrzała na niego wyraźnie zdziwiona napastliwością w jego głosie.
- Hej, przecież my jej nie trzymamy siłą – rzuciła łagodnym tonem. – Sama zaoferowała pomoc, gdy przechodziła tą drogą. A Shane umierał. Miał głęboką ranę w klatce piersiowej. – Odwróciła od nas wzrok, zapatrzyła się w las i kontynuowała cicho: - Liczyły się sekundy. Gdyby nie ona, jego serce mogło po prostu… - wykonała jakiś nieokreślony ruch ręką i nastała chwila ciszy, którą przerwał Jack.
- No więc, nie chcecie nas… no wiesz? – wyjąkał zakłopotany wskazując wielki miecz o który wciąż opierała się dziewczyna. Brunetka spojrzała na przedmiot jakby widziała go po raz pierwszy.
- Was? Tym? – parsknęła drwiąco i z lekceważeniem puściła zdobioną jakimiś błyskotkami rękojeść miecza. Broń ciężko opadła na pokrytą liśćmi ziemię. – Skąd. My nie zabijamy niewinnych ludzi. Istnieją Obdarzeni, którzy nas nienawidzą. Poniżają, znęcają się. Obwiniają za to, że natura nie dała nam daru. Porzucają. Wyobraźcie sobie, że istnieją maszyny, dzięki którym można wykryć obecność specjalnej umiejętności już u kilkumiesięcznego maleństwa. Oczywiście badanie za pomocą takiego sprzętu kosztuje fortunę, stać an to tylko zamożnych ludzi. Jak myślicie, co robią rodzice, gdy dowiedzą się, że ich ukochany synek jest Nieobdarzonym? – dziewczyna patrzyła to na mnie, to na Jacka. Wymieniłam spojrzenie z chłopakiem. Owszem, wiedzieliśmy. Brunetka pokiwała wolno głową i kontynuowała: - No właśnie. Wyrzucają, ot tak. Niektórych rusza sumienie i oddają dziecko do sierocińca. Chociaż lepiej dla niego już umrzeć niż tam trafić – rzuciła ostro z pogardą. – W bidulu nie mają do nas za grosz szacunku. Dlatego stamtąd uciekliśmy i zostaliśmy Łowcami. Dążymy do wolności, równości. I osiągniemy to. Tylko że są też Łowcy Nieobdarzonych i właśnie w ostatniej walce z nimi Shane omal nie zginął. - Dziewczyna wbiła wzrok w ziemię i z zakłopotaniem trącała stopą opadłe liście.
Przygryzłam wargę nieco zirytowana ciszą, która nastąpiła po opowieści nieznajomej. Zerknęłam na stojącego obok mnie Jacka i przewróciłam oczami na widok jego tępego wzroku wlepionego w Łowczynię. Dlaczego to ja zawsze musiałam przerywać te niezręczne momenty?
- Ee… - wyszczerzyłam zęby lekko speszona, gdy pozostała dwójka spojrzała na mnie. – Hm, jeszcze się nie przedstawiliśmy. Jestem Ellie - wyciągnęłam rękę do dziewczyny, która obdarzyła mnie ciepłym uśmiechem.
- Noemi, miło mi. – Uścisk jej ręki niemal zmiażdżył mi dłoń. Z trudem powstrzymałam się od skrzywienia z bólu.
- A ten przymuł to Jack - Wskazałam na chłopaka.
Obie wpatrywałyśmy się w brązowookiego stojącego nieruchomo jak posąg.
- Jack… - mruknęłam zażenowana. W końcu uderzyłam go mocno w żebra i warknęłam: - Jack, idioto, obudź się!
Chłopak wreszcie oprzytomniał i zamrugał kilak razy, zanim odezwał się słabym głosem:
- Ach, tak. Jack. – Zignorował wyciągniętą do niego rękę dziewczyny utkwiwszy w niej spojrzenie. Eh, znów załapał zawiechę.
Spiorunowałam go wzrokiem, na co oczywiście nie zareagował. Co się, do cholery, z nim działo?
Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami i zwróciła się do mnie:
- Przedstawię wam resztę. Chłopaaaki! – krzyknęła tak piskliwie, że aż podskoczyłam.
***
Umieram.
Każdy kolejny skurcz serca czuję jako rozrywający ból w piersi. Pragnę ostatni raz ujrzeć słońce.
Już nie skupiam się na bólu. Chcę tylko unieść powieki.
Och, one są chyba z żelaza.
Nie dam rady. Nie dam rady…
Poddaję się. Znów coś rozrywa mi pierś. Teraz rezygnuję nawet ze spazmatycznego oddychania. Czuję, jak powietrze mnie truje. Tylko przyspiesza to, co nieuniknione.
Między jednym a drugim mizernym uderzeniem serca widzę czarno-biały film ukazujący moje dzieciństwo. Sierociniec. Dzieciaki. Śmieją się. Ze mnie. Pokazują palcami. Jakaś dziewczyna. Uśmiecha się. Noemi. Na jej wspomnieniu film się urywa.
To koniec.
Odchodzę.
Teraz już nic nie czuję. Zero bólu. Mogę swobodnie oddychać. Tlen już nie jest trucizną. A więc to tak jest w Niebie… Unoszę lekkie jak piórka powieki. Widzę Anioła. A właściwie Anielicę. Trzyma ręce na mojej piersi.
- Cii – szepcze. – Nie ruszaj się. Jesteś jeszcze słaby, ale uleczę cię. Tylko to trochę potrwa.
Marszczę brwi. Nic nie rozumiem.
- Anioł – mruczę bez sensu, choć chciałem zapytać o to, gdzie jestem.
Postać śmieje się perliście.
- Nie jesteś w Niebie, a ja nie mam skrzydeł. Jesteś na Ziemi. Żyjesz.
Otwieram szeroko oczy.
- Żyję – powtarzam niedowierzając. Łza spływa mi po policzku. Łza szczęścia. Nagle odwracam głowę ze wstydem. – Łzy są babskie. – Żałuję tych słów od razu, gdy zdaję sobie sprawę, że wypowiedziałem je na głos, przy dziewczynie.
- Nieprawda – protestuje łagodnie mój Anioł. – Łzy są ludzkie.
Krótka instrukcja dodawania komentarzy special for Em: pod tym okienkiem na komentarz masz "Komentarz jako:" i tu sobie ustawiasz na "Anonimowy". Proste. ^^
Od teraz będę dodawać rozdziały podzielone na dwie części: jedna w narracji Ellie, druga Shane'a (w następnym będzie więcej Shane'a). Tak, Danio, ciesz się. ♥
Dziękuję za wszystkie komentarze. :3
- Przydałby się łuk, co? - szepnęłam do Jacka, gdy staliśmy za jednym z drzew ukradkiem obserwując Łowców Obdarzonych. Wyglądali, jakby byli z innej epoki, tak jak opisywał ich chłopak: czarne peleryny, kaptury na głowach, miecze i łuki, do tego trzy ładne, potężne konie. Przy ich bokach zwisały tobołki. Mimo że Jack mówił o czterech osobach i dziewczynie, ja zauważyłam w znacznej odległości od nich jeszcze jedną, leżącą nieruchomo postać i pochyloną nad nią Claudię. Nie trudno było odgadnąć, co robiła – moja przyjaciółka posiada cenny dar uleczania. Z tego powodu wątpiłam w łatwe oddanie nam dziewczyny; mogła się bardzo przydać barbarzyńcom.
- Słuchaj, mam plan – mówił chłopak nie spuszczając oczu z Łowców. – Ja cię wezmę na ręce i bezgłośnie zbliżymy się do nich, zajdziemy któregoś od tyłu i ty go porazisz prądem jak paralizatorem…
- A pozostali tego nie zauważą – dokończyłam za niego bardziej przerażona tym, że Jack miałby mnie nieść na rękach niż samym pomysłem. Zerknęłam na niego i pokręciłam głową z politowaniem. – Byłbyś znakomitym średniowiecznym rycerzykiem, serio, ale strateg z ciebie żaden. – Widząc jego zaciśnięte w wąską kreskę usta uśmiechnęłam się i dodałam: - Mam lepszy pomysł.
Wyszłam zza drzewa i zaczęłam iść pewnym krokiem, nie próbując nawet zachować ciszy, w stronę odwróconych tyłem postaci. Usłyszałam jeszcze jak mój towarzysz klnie i zbliżyłam się do kogoś szczupłego, ale niewysokiego, opartego niedbale o solidny miecz.
- Hej… - zagadnęłam i uśmiech, który dopiero się pojawił, teraz zamarł na mych ustach. Człowiekiem, który się odwrócił, była drobna dziewczyna, mniej więcej w moim wieku, może nawet młodsza. Jej długie czarne włosy zlewały się z płaszczem. Ku mojemu zdziwieniu, Łowczyni uśmiechała się przyjaźnie. – Ee… Wiesz, zgubiłam się w lesie i… yy… Ale nie bój się, jestem Nieobdarzoną… - jąkałam się, szczerząc głupio zęby.
- Jezu, Ellie, jesteś beznadziejna – jęknął Jack, który nagle znalazł się przy mnie i ukrył twarz w dłoni z zażenowaniem kręcąc głową.
- Jesteście Obdarzonymi – stwierdziła po prostu brunetka, przechyliła głowę na bok i zaśmiała się.
Ramiona opadły mi z rezygnacją. Spytałam rozczarowana tak szybkim zdemaskowaniem:
- Skąd wiedziałaś?
Dziewczyna tylko uniosła brew i dalej się śmiała. Jej śmiech brzmiał tak dziwnie… miło i ciepło. Cóż, jak na kogoś, kto teoretycznie chciał nas zabić, zdecydowanie zbyt miło i ciepło.
- Oddajcie nam Claudię – rozkazał stanowczo, z zaciętą miną chłopak.
Nieznajoma spojrzała na niego wyraźnie zdziwiona napastliwością w jego głosie.
- Hej, przecież my jej nie trzymamy siłą – rzuciła łagodnym tonem. – Sama zaoferowała pomoc, gdy przechodziła tą drogą. A Shane umierał. Miał głęboką ranę w klatce piersiowej. – Odwróciła od nas wzrok, zapatrzyła się w las i kontynuowała cicho: - Liczyły się sekundy. Gdyby nie ona, jego serce mogło po prostu… - wykonała jakiś nieokreślony ruch ręką i nastała chwila ciszy, którą przerwał Jack.
- No więc, nie chcecie nas… no wiesz? – wyjąkał zakłopotany wskazując wielki miecz o który wciąż opierała się dziewczyna. Brunetka spojrzała na przedmiot jakby widziała go po raz pierwszy.
- Was? Tym? – parsknęła drwiąco i z lekceważeniem puściła zdobioną jakimiś błyskotkami rękojeść miecza. Broń ciężko opadła na pokrytą liśćmi ziemię. – Skąd. My nie zabijamy niewinnych ludzi. Istnieją Obdarzeni, którzy nas nienawidzą. Poniżają, znęcają się. Obwiniają za to, że natura nie dała nam daru. Porzucają. Wyobraźcie sobie, że istnieją maszyny, dzięki którym można wykryć obecność specjalnej umiejętności już u kilkumiesięcznego maleństwa. Oczywiście badanie za pomocą takiego sprzętu kosztuje fortunę, stać an to tylko zamożnych ludzi. Jak myślicie, co robią rodzice, gdy dowiedzą się, że ich ukochany synek jest Nieobdarzonym? – dziewczyna patrzyła to na mnie, to na Jacka. Wymieniłam spojrzenie z chłopakiem. Owszem, wiedzieliśmy. Brunetka pokiwała wolno głową i kontynuowała: - No właśnie. Wyrzucają, ot tak. Niektórych rusza sumienie i oddają dziecko do sierocińca. Chociaż lepiej dla niego już umrzeć niż tam trafić – rzuciła ostro z pogardą. – W bidulu nie mają do nas za grosz szacunku. Dlatego stamtąd uciekliśmy i zostaliśmy Łowcami. Dążymy do wolności, równości. I osiągniemy to. Tylko że są też Łowcy Nieobdarzonych i właśnie w ostatniej walce z nimi Shane omal nie zginął. - Dziewczyna wbiła wzrok w ziemię i z zakłopotaniem trącała stopą opadłe liście.
Przygryzłam wargę nieco zirytowana ciszą, która nastąpiła po opowieści nieznajomej. Zerknęłam na stojącego obok mnie Jacka i przewróciłam oczami na widok jego tępego wzroku wlepionego w Łowczynię. Dlaczego to ja zawsze musiałam przerywać te niezręczne momenty?
- Ee… - wyszczerzyłam zęby lekko speszona, gdy pozostała dwójka spojrzała na mnie. – Hm, jeszcze się nie przedstawiliśmy. Jestem Ellie - wyciągnęłam rękę do dziewczyny, która obdarzyła mnie ciepłym uśmiechem.
- Noemi, miło mi. – Uścisk jej ręki niemal zmiażdżył mi dłoń. Z trudem powstrzymałam się od skrzywienia z bólu.
- A ten przymuł to Jack - Wskazałam na chłopaka.
Obie wpatrywałyśmy się w brązowookiego stojącego nieruchomo jak posąg.
- Jack… - mruknęłam zażenowana. W końcu uderzyłam go mocno w żebra i warknęłam: - Jack, idioto, obudź się!
Chłopak wreszcie oprzytomniał i zamrugał kilak razy, zanim odezwał się słabym głosem:
- Ach, tak. Jack. – Zignorował wyciągniętą do niego rękę dziewczyny utkwiwszy w niej spojrzenie. Eh, znów załapał zawiechę.
Spiorunowałam go wzrokiem, na co oczywiście nie zareagował. Co się, do cholery, z nim działo?
Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami i zwróciła się do mnie:
- Przedstawię wam resztę. Chłopaaaki! – krzyknęła tak piskliwie, że aż podskoczyłam.
***
Umieram.
Każdy kolejny skurcz serca czuję jako rozrywający ból w piersi. Pragnę ostatni raz ujrzeć słońce.
Już nie skupiam się na bólu. Chcę tylko unieść powieki.
Och, one są chyba z żelaza.
Nie dam rady. Nie dam rady…
Poddaję się. Znów coś rozrywa mi pierś. Teraz rezygnuję nawet ze spazmatycznego oddychania. Czuję, jak powietrze mnie truje. Tylko przyspiesza to, co nieuniknione.
Między jednym a drugim mizernym uderzeniem serca widzę czarno-biały film ukazujący moje dzieciństwo. Sierociniec. Dzieciaki. Śmieją się. Ze mnie. Pokazują palcami. Jakaś dziewczyna. Uśmiecha się. Noemi. Na jej wspomnieniu film się urywa.
To koniec.
Odchodzę.
Teraz już nic nie czuję. Zero bólu. Mogę swobodnie oddychać. Tlen już nie jest trucizną. A więc to tak jest w Niebie… Unoszę lekkie jak piórka powieki. Widzę Anioła. A właściwie Anielicę. Trzyma ręce na mojej piersi.
- Cii – szepcze. – Nie ruszaj się. Jesteś jeszcze słaby, ale uleczę cię. Tylko to trochę potrwa.
Marszczę brwi. Nic nie rozumiem.
- Anioł – mruczę bez sensu, choć chciałem zapytać o to, gdzie jestem.
Postać śmieje się perliście.
- Nie jesteś w Niebie, a ja nie mam skrzydeł. Jesteś na Ziemi. Żyjesz.
Otwieram szeroko oczy.
- Żyję – powtarzam niedowierzając. Łza spływa mi po policzku. Łza szczęścia. Nagle odwracam głowę ze wstydem. – Łzy są babskie. – Żałuję tych słów od razu, gdy zdaję sobie sprawę, że wypowiedziałem je na głos, przy dziewczynie.
- Nieprawda – protestuje łagodnie mój Anioł. – Łzy są ludzkie.
wtorek, 22 stycznia 2013
Rozdział 3.
Rozdział miał być dłuższy, ale chciałam dodać go jeszcze w ferie, a dziś chyba jest ostatni dzień, kiedy mam czas. Sorki, ale muszę nadrobić cały tydzień sprzed ferii, kiedy nie byłam w szkole. :x + po feriach mnóstwo sprawdzianów, kartkówek, do tego zaliczanie zaległych sprawdzianów i kartkówek. Taak, musiałam sobie ponarzekać.
Właśnie oglądałam ostatni odcinek Sword Art Online*, kiedy drzwi do mojego pokoju się uchyliły i ujrzałam wyglądającą zza nich zatroskaną twarz mamy, otoczoną burzą jasnych loków. Natychmiast wstałam z łóżka, zatrzymałam film i znów usiadłam.
- Hej, Ellie. Właśnie dzwoniła mama Claudii. Mówiła, że nie wróciła na noc, nie ma pojęcia, co się z nią dzieje, a z jej głosu wnioskuję, że jest na skraju załamania. Widziałaś się z nią może wczoraj? Nie informowała cię, czy gdzieś idzie? – spytała zmartwionym tonem.
- Nie – odparłam szczerze zdziwiona. Dziewczynie nigdy nie zdarzało się znikać z domu na noc. – Wczoraj nie była w szkole, a potem do niej nie poszłam, bo całe popołudnie… - urwałam i odwróciłam wzrok. „Czekałam godzinami w krzakach przy jakimś sklepie na Jacka, który ścigał kolesi ze średniowiecza”. - …siedziałam w bibliotece – skłamałam. – Przykro mi, też się o nią martwię – pokręciłam z rezygnacją głową.
- No dobrze – westchnęła. – Daj mi znać, jak czegoś się dowiesz. Tak w ogóle, to… co ty oglądasz? – wskazała na monitor.
- Mamo… - mój głos zwiastował tysięczną z rzędu kłótnię pt. „To nie są chińskie bajki”.
Kobieta tylko przewróciła oczami, a ja odpowiedziałam słabym uśmiechem. Gdy zamknęła drzwi, sięgnęłam po telefon i wybrałam numer Jacka. Jeśli przyjaciółka do kogoś się odezwała, to tylko do niego.
Nie odebrał. Spróbowałam jeszcze raz.
Wstałam i podeszłam do okna; słońce górowało i mocno świeciło nad naszym małym miasteczkiem. Niecierpliwie czekałam, aż chłopak w końcu naciśnie tę zieloną słuchawkę. Kiedy tylko sygnał ucichł, zapytałam napastliwie:
- Wiesz, co się dzieje z Claudią? Nie było jej w domu od wczorajszego ranka.
- Słuchaj, wiem, że mi nie uwierzysz, ale Łowcy…
- Masz rację, nie wierzę ci – przerwałam mu ostrym tonem. - Mów. Kontaktowała się z tobą?
- Oni ją p o r w a l i! – krzyknął kładąc nacisk na ostatnie słowo.
- Łowcy Obdarzonych? – prychnęłam. – Nie wierzę. Po prostu nie wierzę. Czy ty nie rozumiesz, że to nie czas na twoje gierki?! Ostatecznie ona jest twoją dziewczyną, powinieneś jej pomóc!
- A ty jesteś idiotką. Zaraz u ciebie będę.
Rozłączył się. Ścisnęłam telefon w dłoni i zaczęłam głośno oddychać próbując się opanować. Po co ja w ogóle do niego dzwoniłam? Tylko mnie denerwował.
Po chwili pojawił się. Nawet nie raczył użyć swego daru bezszelestnego chodzenia – albo przynajmniej po ludzku cicho wejść – tylko wparował z hałasem do mojego pokoju i zatrzasnął drzwi. Obrócił mnie twarzą do siebie, pochylił się do przodu i oparł dłonie na kolanach, by spojrzeć mi w oczy.
- Wiem, że masz mnie za wariata, ale musisz mi uwierzyć. Naprawdę sądzisz, że mnie to bawi? Kocham Claudię, zależy mi na niej i nie pozwolę, by stała jej się krzywda. – Widziałam, że sili się na spokojny ton, ale jego brązowe oczy zdradzały wszystko – wściekłość, troskę i… prośbę? Czyżby błaganie o zrozumienie?
Wbiłam spojrzenie w podłogę. Nagle zrobiło mi się wstyd. Co, jeśli ta jego bajka o Łowcach jest prawdziwa? Jeśli oni mają moją przyjaciółkę?
- Proszę. Przestań udawać, że jesteś najmądrzejsza i chociaż raz w życiu spróbuj komuś zaufać – wycedził.
Skierowałam na niego moje olbrzymie niebieskie oczy.
- Dobrze – odpowiedziałam cicho i krótko.
Jack wyprostował się, przeczesał ręką włosy i wydał z siebie przeciągłe westchnienie ulgi; najwyraźniej zadowolił go spokojny, ustępliwy ton mego głosu.
Podeszłam do łóżka i usiadłam. Podkuliłam nogi, oplotłam je ramionami i położyłam głowę na kolanach. Chłopak po chwili wahania opadł ciężko obok mnie.
- Słucham – zachęciłam go łagodnie.
- Oni ją mają. Widziałem. Wczoraj cię odprowadziłem i szedłem do domu na skróty, przez las. Oni tam stali, między drzewami. – Zacisnął mocno powieki, jakby „oni” byli aż tak straszni, że samo wspomnienie go przerażało. – Trzymali dziewczynę. Miała związane ręce i nogi, stała odwrócona do mnie plecami. W świetle księżyca zauważyłem jej długi blond włosy. To na pewno Claudia – mówiąc to, wlepił we mnie szeroko otwarte oczy. – Poznałbym ją zawsze i wszędzie. Łowców było czterech: ubrani w czarne peleryny z mieczami lub łukami w dłoniach. – Na wzmiankę o mieczach miałam ochotę parsknąć śmiechem, jednak wiedziałam, ze chłopak mówi prawdę; nie wymyśliłby czegoś takiego. Kontynuował: - Przemieszczali się na koniach. Oczywiście mógłbym spróbować odbić dziewczynę, ale wiesz… pomyślałem o tych twoich błyskawicach i w ogóle… - urwał, zacisnął usta w wąską kreskę i zaczął rozglądać się po pokoju starając się unikać moich oczu. Nic więcej nie mówił – nie musiał. Jego twarz wyrażała niemą prośbę, niemal błaganie, które natychmiast zrozumiałam.
- Chcesz, żebym ich… zabiła? – zamrugałam.
W odpowiedzi pokiwał gorliwie głową.
- Nigdy nie zabiję człowieka – powiedziałam stanowczo. Wstałam i zaczęłam krążyć nerwowo po pokoju. – A nawet jeśli, to nie w lesie. W ten sposób mogłabym wzniecić pożar.
- Czyli jednak bierzesz pod uwagę użycie swego daru na Łowcach? – wziął głęboki oddech i wstrzymał powietrze w płucach, mając nadzieję, że odpowiem „tak”. Ja tylko przyglądałam mu się z konsternacją. Co miałam zrobić? Naprawdę, nikogo nie zabiję. Ale może powinnam się zastanowić, co Jack ma począć? Przecież nie zniesie bezczynnego czekania na cud. A kogo mógł poprosić o pomoc? Nikt z tych, których byłby w stanie wtajemniczyć w sprawę z Łowcami, nie posiadał daru, który daje możliwość zabijania. Tylko ja.
- Nie… Nie wiem. – Rozłożyłam bezradnie ręce. – Ewentualnie mogłabym użyć mocy jak paralizatora, to nie zrobiłoby większej krzywdy – zgodziłam się ostatecznie.
Chłopak momentalnie zerwał się z łóżka, przykucnął przy mnie i ujął moje dłonie.
- Naprawdę? – Wyszczerzył zęby. – Zrobisz to?
Jego uśmiech udzielił się mnie.
- Taaak. W końcu czego się nie robi dla świrusów? Wyglądasz, jakbyś prosił mnie o rękę. Obrzydliwy widok, uwierz. Wstań i puść mnie.
Uczynił to, co kazałam, nadal susząc zęby i zerknął na zegarek.
- Muszę już lecieć. Myślę, że możemy zacząć naszą akcję ratunkową dziś po południu. Możesz? - Przytaknęłam. – Świetnie. To… do zobaczenia.
Jack rzucił się do drzwi, lecz zatrzymał się z ręką na klamce. Odwrócił się, otworzył buzię, żeby coś dodać, lecz chyba się rozmyślił i rzucił tylko krótkie „dzięki”. Zmusiłam się do lekkiego uśmiechu, który natychmiast zniknął. Gdy tylko chłopak wyszedł, nogi się pode mną ugięły i opadłam na podłogę. Ukryłam twarz w dłoniach.
Boże, w co Claudia się wpakowała? W co JA się wpakowałam?
______________________________________
*SAO - świetne anime, jedno z moich ulubionych. <3
Właśnie oglądałam ostatni odcinek Sword Art Online*, kiedy drzwi do mojego pokoju się uchyliły i ujrzałam wyglądającą zza nich zatroskaną twarz mamy, otoczoną burzą jasnych loków. Natychmiast wstałam z łóżka, zatrzymałam film i znów usiadłam.
- Hej, Ellie. Właśnie dzwoniła mama Claudii. Mówiła, że nie wróciła na noc, nie ma pojęcia, co się z nią dzieje, a z jej głosu wnioskuję, że jest na skraju załamania. Widziałaś się z nią może wczoraj? Nie informowała cię, czy gdzieś idzie? – spytała zmartwionym tonem.
- Nie – odparłam szczerze zdziwiona. Dziewczynie nigdy nie zdarzało się znikać z domu na noc. – Wczoraj nie była w szkole, a potem do niej nie poszłam, bo całe popołudnie… - urwałam i odwróciłam wzrok. „Czekałam godzinami w krzakach przy jakimś sklepie na Jacka, który ścigał kolesi ze średniowiecza”. - …siedziałam w bibliotece – skłamałam. – Przykro mi, też się o nią martwię – pokręciłam z rezygnacją głową.
- No dobrze – westchnęła. – Daj mi znać, jak czegoś się dowiesz. Tak w ogóle, to… co ty oglądasz? – wskazała na monitor.
- Mamo… - mój głos zwiastował tysięczną z rzędu kłótnię pt. „To nie są chińskie bajki”.
Kobieta tylko przewróciła oczami, a ja odpowiedziałam słabym uśmiechem. Gdy zamknęła drzwi, sięgnęłam po telefon i wybrałam numer Jacka. Jeśli przyjaciółka do kogoś się odezwała, to tylko do niego.
Nie odebrał. Spróbowałam jeszcze raz.
Wstałam i podeszłam do okna; słońce górowało i mocno świeciło nad naszym małym miasteczkiem. Niecierpliwie czekałam, aż chłopak w końcu naciśnie tę zieloną słuchawkę. Kiedy tylko sygnał ucichł, zapytałam napastliwie:
- Wiesz, co się dzieje z Claudią? Nie było jej w domu od wczorajszego ranka.
- Słuchaj, wiem, że mi nie uwierzysz, ale Łowcy…
- Masz rację, nie wierzę ci – przerwałam mu ostrym tonem. - Mów. Kontaktowała się z tobą?
- Oni ją p o r w a l i! – krzyknął kładąc nacisk na ostatnie słowo.
- Łowcy Obdarzonych? – prychnęłam. – Nie wierzę. Po prostu nie wierzę. Czy ty nie rozumiesz, że to nie czas na twoje gierki?! Ostatecznie ona jest twoją dziewczyną, powinieneś jej pomóc!
- A ty jesteś idiotką. Zaraz u ciebie będę.
Rozłączył się. Ścisnęłam telefon w dłoni i zaczęłam głośno oddychać próbując się opanować. Po co ja w ogóle do niego dzwoniłam? Tylko mnie denerwował.
Po chwili pojawił się. Nawet nie raczył użyć swego daru bezszelestnego chodzenia – albo przynajmniej po ludzku cicho wejść – tylko wparował z hałasem do mojego pokoju i zatrzasnął drzwi. Obrócił mnie twarzą do siebie, pochylił się do przodu i oparł dłonie na kolanach, by spojrzeć mi w oczy.
- Wiem, że masz mnie za wariata, ale musisz mi uwierzyć. Naprawdę sądzisz, że mnie to bawi? Kocham Claudię, zależy mi na niej i nie pozwolę, by stała jej się krzywda. – Widziałam, że sili się na spokojny ton, ale jego brązowe oczy zdradzały wszystko – wściekłość, troskę i… prośbę? Czyżby błaganie o zrozumienie?
Wbiłam spojrzenie w podłogę. Nagle zrobiło mi się wstyd. Co, jeśli ta jego bajka o Łowcach jest prawdziwa? Jeśli oni mają moją przyjaciółkę?
- Proszę. Przestań udawać, że jesteś najmądrzejsza i chociaż raz w życiu spróbuj komuś zaufać – wycedził.
Skierowałam na niego moje olbrzymie niebieskie oczy.
- Dobrze – odpowiedziałam cicho i krótko.
Jack wyprostował się, przeczesał ręką włosy i wydał z siebie przeciągłe westchnienie ulgi; najwyraźniej zadowolił go spokojny, ustępliwy ton mego głosu.
Podeszłam do łóżka i usiadłam. Podkuliłam nogi, oplotłam je ramionami i położyłam głowę na kolanach. Chłopak po chwili wahania opadł ciężko obok mnie.
- Słucham – zachęciłam go łagodnie.
- Oni ją mają. Widziałem. Wczoraj cię odprowadziłem i szedłem do domu na skróty, przez las. Oni tam stali, między drzewami. – Zacisnął mocno powieki, jakby „oni” byli aż tak straszni, że samo wspomnienie go przerażało. – Trzymali dziewczynę. Miała związane ręce i nogi, stała odwrócona do mnie plecami. W świetle księżyca zauważyłem jej długi blond włosy. To na pewno Claudia – mówiąc to, wlepił we mnie szeroko otwarte oczy. – Poznałbym ją zawsze i wszędzie. Łowców było czterech: ubrani w czarne peleryny z mieczami lub łukami w dłoniach. – Na wzmiankę o mieczach miałam ochotę parsknąć śmiechem, jednak wiedziałam, ze chłopak mówi prawdę; nie wymyśliłby czegoś takiego. Kontynuował: - Przemieszczali się na koniach. Oczywiście mógłbym spróbować odbić dziewczynę, ale wiesz… pomyślałem o tych twoich błyskawicach i w ogóle… - urwał, zacisnął usta w wąską kreskę i zaczął rozglądać się po pokoju starając się unikać moich oczu. Nic więcej nie mówił – nie musiał. Jego twarz wyrażała niemą prośbę, niemal błaganie, które natychmiast zrozumiałam.
- Chcesz, żebym ich… zabiła? – zamrugałam.
W odpowiedzi pokiwał gorliwie głową.
- Nigdy nie zabiję człowieka – powiedziałam stanowczo. Wstałam i zaczęłam krążyć nerwowo po pokoju. – A nawet jeśli, to nie w lesie. W ten sposób mogłabym wzniecić pożar.
- Czyli jednak bierzesz pod uwagę użycie swego daru na Łowcach? – wziął głęboki oddech i wstrzymał powietrze w płucach, mając nadzieję, że odpowiem „tak”. Ja tylko przyglądałam mu się z konsternacją. Co miałam zrobić? Naprawdę, nikogo nie zabiję. Ale może powinnam się zastanowić, co Jack ma począć? Przecież nie zniesie bezczynnego czekania na cud. A kogo mógł poprosić o pomoc? Nikt z tych, których byłby w stanie wtajemniczyć w sprawę z Łowcami, nie posiadał daru, który daje możliwość zabijania. Tylko ja.
- Nie… Nie wiem. – Rozłożyłam bezradnie ręce. – Ewentualnie mogłabym użyć mocy jak paralizatora, to nie zrobiłoby większej krzywdy – zgodziłam się ostatecznie.
Chłopak momentalnie zerwał się z łóżka, przykucnął przy mnie i ujął moje dłonie.
- Naprawdę? – Wyszczerzył zęby. – Zrobisz to?
Jego uśmiech udzielił się mnie.
- Taaak. W końcu czego się nie robi dla świrusów? Wyglądasz, jakbyś prosił mnie o rękę. Obrzydliwy widok, uwierz. Wstań i puść mnie.
Uczynił to, co kazałam, nadal susząc zęby i zerknął na zegarek.
- Muszę już lecieć. Myślę, że możemy zacząć naszą akcję ratunkową dziś po południu. Możesz? - Przytaknęłam. – Świetnie. To… do zobaczenia.
Jack rzucił się do drzwi, lecz zatrzymał się z ręką na klamce. Odwrócił się, otworzył buzię, żeby coś dodać, lecz chyba się rozmyślił i rzucił tylko krótkie „dzięki”. Zmusiłam się do lekkiego uśmiechu, który natychmiast zniknął. Gdy tylko chłopak wyszedł, nogi się pode mną ugięły i opadłam na podłogę. Ukryłam twarz w dłoniach.
Boże, w co Claudia się wpakowała? W co JA się wpakowałam?
______________________________________
*SAO - świetne anime, jedno z moich ulubionych. <3
sobota, 19 stycznia 2013
Rozdział 2.
Ten rozdział trochę dłuższy od poprzedniego, soł indżoj. :3
- Kto?! Jacy Łowcy? – zapytałam nieco głośniej niż zamierzałam, odrzucając rękę chłopaka. Jack spojrzał na mnie z politowaniem.
- Kurde, El, mogłabyś choć trochę uważać na historii – powiedział, za co dostał kuksańca w żebra. Zaśmiał się cicho, po czym nagle spoważniał. – To nie czas ani okoliczności na wyjaśnienia – szeptał bardziej do ściany sklepu niż do mnie, więc przyłożyłam mu mocno pięścią w brzuch (który znajdował się na wysokości moich oczu, szczerze przyznaję).
- Co to za Łowcy? Łowcy Obdarzonych? – ponaglałam go, lecz on znów patrzył na ścianę, zamyślony. Po następnym, mocniejszym uderzeniu wreszcie przeniósł wzrok na mnie. – Oni chcą nas złapać? Zabić?
Jack wpatrywał się we mnie, najwyraźniej pogrążony we własnych myślach.
Nie no, zawiecha w takim momencie. Znakomicie.
Przewróciłam oczami i już chciałam na niego nawrzeszczeć, choć wiedziałam, że w tej sytuacji to nienajlepsze wyjście, kiedy chłopak oprzytomniał i złapał mnie za ramiona.
- Zostań tutaj, zaraz wracam – powiedział stanowczo, niemal rozkazał.
- Ani. Mi. Się. Śni! – oburzyłam się, kładąc nacisk na każde słowo z osobna i zrzucając ze złością jego ręce z moich ramion. Powoli robiło się ciemno, więc nie chciałam zostać tu sama. Zwłaszcza, jeśli ktoś próbował nas zabić. Jack odwrócił się i zaczął zmierzać w stronę ulicy.
- Zostań – rzucił przez ramię.
- Nie jestem psem, żebyś tak do mnie mówił – mruknęłam, ale jego już nie było. – Będziesz miał mnie na sumieniu, jeśli zastaniesz mnie nieżywą, bez zębów, z wydłubanymi oczami, wyrwanymi włosami, powykręcanymi kończynami, całą zalaną krwią.
Westchnęłam głośno i rzuciłam szkolną torbę na ziemię. Ogarnięta zmęczeniem położyłam się na trawie z zeszytami pod głową. Co za kretyn! Jak mógł mnie tak zostawić?! Z nerwów zaczęłam wyrywać kępki trawy. On nawet nie wyjaśnił mi, kim są ci Łowcy! Czy oni mogą być groźni? Czy może po prostu bawi się z kumplami w jakieś pokićkane nie-wiadomo-co, założył się z nimi, że mnie wystraszy? Wspominał coś o historii… Co ona ma z tym wszystkim wspólnego? Cholerny historyczny maniak! Mimo że po krótkim zastanowieniu stwierdziłam, że to lepiej, że sam poszedł – ma taki dar, że może poruszać się kompletnie bezszelestnie – to i tak byłam na niego piekielnie wściekła.
Leżałam tak mniej-więcej pół godziny. Niedługo zapadnie zmrok. Która może być godzina? Jest na pewno późno, mama pewnie się martwi. Ale nie dzwoniła, dziwne. Wyjęłam telefon. Rozładowany. Zaklęłam pod nosem. Zamknęłam oczy i postanowiłam cierpliwie czekać na chłopaka. Teoretycznie powinnam się nie bać; to mądry facet i wie, co robi. Ale teoria a praktyka to dwa odległe od siebie światy. Kiedyś miałam fazę na medytację, techniki relaksacyjne i takie tam… Jak to było? Wdech, wydech, policz do dziesięciu, tak? A teraz nie myśl o tym, że leżysz kompletnie sama obok jakiegoś monopolowca, podczas gdy się ściemnia!
Usnęłam. Obudziłam się, gdy usłyszałam czyjś oddech. Uniosłam ostrożnie powieki i jedyne, co ujrzałam na tle ciemnego nocnego nieba, to ludzkie oczy. Otworzyłam usta w niemym krzyku i w tej samej chwili ktoś zakrył je dłonią, co mnie jeszcze bardziej przeraziło.
- Luuuz, to tylko ja, Jack – usłyszałam znajomy, spokojny głos. Chłopak zabrał rękę, a ja odetchnęłam z ulgą i uniosłam się do pozycji półleżącej.
- Spałaś. – Przyklęknął obok mnie i pochylił się lekko w moją stronę. Na jego twarzy pojawił się figlarny uśmieszek, zęby błysnęły w ciemności. – Wiesz, że to było nierozważne? Mógł cię porwać jakiś zboczeniec, na przykład. Choć z drugiej strony… Co ty rozsądnego zrobiłaś w życiu?
- Po co ty tam poszedłeś? – przeszłam do konkretów, ignorując jego uwagę.
- Żeby tropić naszych kochanych Łowców – rzucił tak lekko, jakby codziennie śledził jakichś podejrzanych typków.
- Bawiłeś się w Sherlocka? – uniosłam powątpiewająco brew.
- Jasne. Mógłbym uczynić cię moim Watsonem, ale jesteś zbyt smarkata. – Znów ten przeklęty, słodki uśmieszek!
Przygryzłam wargę i zacisnęłam dłonie w pięści powstrzymując się od ciśnięcia w niego piorunem. Nienawidzę, gdy prowokuje kłótnie.
- To, że jestem od ciebie 2 lata młodsza i jakieś 30 centymetrów niższa, nie oznacza, że…
- Przymknij się – poprosił łagodnie, przerywając mój bulwers. – Chcesz wiedzieć, czego się dowiedziałem?
Ciekawość wzięła górę. Wydałam z siebie ciężkie westchnienie, kiwnęłam głową, przesunęłam się pod ścianę sklepu i oparłam o nią. Jack usiał przy mnie, również się opierając.
- Nic nam nie grozi – rzekł tylko.
Nastała długa chwila ciszy.
- To wszystko? – spytałam po minucie milczenia. Zamknęłam oczy i skupiłam się na oddychaniu, żeby nie zrobić mu krzywdy.
- Mhm. Poszli sobie w inną stronę.
Odwróciłam głowę ku niemu. Miał zadowoloną minę; widocznie czerpał satysfakcję z nowego sposobu irytowania mnie. Ale ja zdecydowałam: nie dam się tak łatwo sprowokować.
- Skąd wiesz, Sherlocku? Widziałeś ich?
- Nie widziałem. – Zauważając moje pytające spojrzenie, dodał szeptem: - Historia, kotku.
- Wiem, że jesteś popieprzonym maniakiem, ale nie wszyscy uwielbiają się uczyć o wydarzeniach z przeszłości, mój drogi Napoleonie, więc łaskawie oświeć tę większość.
- Dlaczego Napoleon?
- Bo tak – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. Czułam, że nerwy mi puszczają.
- Solidny argument – parsknął śmiechem.
- Mów – rozkazałam.
- Okej – spoważniał i zaczął wykład tym swoim profesorskim tonem. – Łowcy Obdarzonych to organizacja, która została utworzona na początku XV wieku, czyli jakieś 200 lat po naszym przybyciu na tę planetę. Założyli ją oczywiście Nieobdarzeni, ponieważ czuli się gorsi od Obdarzonych. Jak pewnie się domyślasz, ich celem było wyłapanie Obdarzonych. Co z nimi robili – o tym krążą różne legendy. Jedni mówią, że byli wampirami i wypijali krew swoich ofiar do ostatniej kropli; inni, że robili na nich różnego rodzaju eksperymenty; znajdą się też tacy, którzy myślą, że Nieobdarzeni w jakiś sposób wysysali z Obdarzonych dar. Oczywiście każdy uważa Łowców za legendę, zmyślonych bohaterów – ja jednak jestem stuprocentowo pewien, że ta organizacja nadal istnieje, a Łowcy Obdarzonych grasują po całym świecie szukając ludzi z darem. – Zamilkł na chwilę. Odchrząknęłam, żeby o coś zapytać, ale on kontynuował ciszej, zamyślony, zapatrzony gdzieś w przestrzeń: - Uprzedzam twoje pytanie – wiem o tym z pewnego źródła, o którym nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział. Być może kiedyś ci powiem. – Siedział tak jeszcze przez moment, rozmyślając o sobie tylko znanym „źródle”, aż w końcu spostrzegł, że mu się przyglądam. Wyglądał na zmieszanego (chyba pierwszy raz w życiu), lecz po chwili znów uśmiechnął się tak słodko, jak to tylko on potrafi, wstał i wyciągnął do mnie rękę. – Idziemy?
- Poradzę sobie. – Odtrąciłam jego dłoń i wstałam sama. Schyliłam się po torbę i zamarłam. Zmarszczyłam brwi. – Nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Skąd wiedziałeś, ze poszli sobie w inną stronę i nic nam nie grozi? Przecież widziałeś ich tylko przez chwilę.
- Jesteś zbyt dociekliwa, złotko. Jutro i tak muszę wszystko opowiedzieć Claudii, więc odpowiem na wszystkie twoje wścibskie pytania. Chodź już! – krzyknął, a ja zarzuciłam torbę na ramię i zaczęłam biec zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo zdążył się już ode mnie oddalić.
- Kto?! Jacy Łowcy? – zapytałam nieco głośniej niż zamierzałam, odrzucając rękę chłopaka. Jack spojrzał na mnie z politowaniem.
- Kurde, El, mogłabyś choć trochę uważać na historii – powiedział, za co dostał kuksańca w żebra. Zaśmiał się cicho, po czym nagle spoważniał. – To nie czas ani okoliczności na wyjaśnienia – szeptał bardziej do ściany sklepu niż do mnie, więc przyłożyłam mu mocno pięścią w brzuch (który znajdował się na wysokości moich oczu, szczerze przyznaję).
- Co to za Łowcy? Łowcy Obdarzonych? – ponaglałam go, lecz on znów patrzył na ścianę, zamyślony. Po następnym, mocniejszym uderzeniu wreszcie przeniósł wzrok na mnie. – Oni chcą nas złapać? Zabić?
Jack wpatrywał się we mnie, najwyraźniej pogrążony we własnych myślach.
Nie no, zawiecha w takim momencie. Znakomicie.
Przewróciłam oczami i już chciałam na niego nawrzeszczeć, choć wiedziałam, że w tej sytuacji to nienajlepsze wyjście, kiedy chłopak oprzytomniał i złapał mnie za ramiona.
- Zostań tutaj, zaraz wracam – powiedział stanowczo, niemal rozkazał.
- Ani. Mi. Się. Śni! – oburzyłam się, kładąc nacisk na każde słowo z osobna i zrzucając ze złością jego ręce z moich ramion. Powoli robiło się ciemno, więc nie chciałam zostać tu sama. Zwłaszcza, jeśli ktoś próbował nas zabić. Jack odwrócił się i zaczął zmierzać w stronę ulicy.
- Zostań – rzucił przez ramię.
- Nie jestem psem, żebyś tak do mnie mówił – mruknęłam, ale jego już nie było. – Będziesz miał mnie na sumieniu, jeśli zastaniesz mnie nieżywą, bez zębów, z wydłubanymi oczami, wyrwanymi włosami, powykręcanymi kończynami, całą zalaną krwią.
Westchnęłam głośno i rzuciłam szkolną torbę na ziemię. Ogarnięta zmęczeniem położyłam się na trawie z zeszytami pod głową. Co za kretyn! Jak mógł mnie tak zostawić?! Z nerwów zaczęłam wyrywać kępki trawy. On nawet nie wyjaśnił mi, kim są ci Łowcy! Czy oni mogą być groźni? Czy może po prostu bawi się z kumplami w jakieś pokićkane nie-wiadomo-co, założył się z nimi, że mnie wystraszy? Wspominał coś o historii… Co ona ma z tym wszystkim wspólnego? Cholerny historyczny maniak! Mimo że po krótkim zastanowieniu stwierdziłam, że to lepiej, że sam poszedł – ma taki dar, że może poruszać się kompletnie bezszelestnie – to i tak byłam na niego piekielnie wściekła.
Leżałam tak mniej-więcej pół godziny. Niedługo zapadnie zmrok. Która może być godzina? Jest na pewno późno, mama pewnie się martwi. Ale nie dzwoniła, dziwne. Wyjęłam telefon. Rozładowany. Zaklęłam pod nosem. Zamknęłam oczy i postanowiłam cierpliwie czekać na chłopaka. Teoretycznie powinnam się nie bać; to mądry facet i wie, co robi. Ale teoria a praktyka to dwa odległe od siebie światy. Kiedyś miałam fazę na medytację, techniki relaksacyjne i takie tam… Jak to było? Wdech, wydech, policz do dziesięciu, tak? A teraz nie myśl o tym, że leżysz kompletnie sama obok jakiegoś monopolowca, podczas gdy się ściemnia!
Usnęłam. Obudziłam się, gdy usłyszałam czyjś oddech. Uniosłam ostrożnie powieki i jedyne, co ujrzałam na tle ciemnego nocnego nieba, to ludzkie oczy. Otworzyłam usta w niemym krzyku i w tej samej chwili ktoś zakrył je dłonią, co mnie jeszcze bardziej przeraziło.
- Luuuz, to tylko ja, Jack – usłyszałam znajomy, spokojny głos. Chłopak zabrał rękę, a ja odetchnęłam z ulgą i uniosłam się do pozycji półleżącej.
- Spałaś. – Przyklęknął obok mnie i pochylił się lekko w moją stronę. Na jego twarzy pojawił się figlarny uśmieszek, zęby błysnęły w ciemności. – Wiesz, że to było nierozważne? Mógł cię porwać jakiś zboczeniec, na przykład. Choć z drugiej strony… Co ty rozsądnego zrobiłaś w życiu?
- Po co ty tam poszedłeś? – przeszłam do konkretów, ignorując jego uwagę.
- Żeby tropić naszych kochanych Łowców – rzucił tak lekko, jakby codziennie śledził jakichś podejrzanych typków.
- Bawiłeś się w Sherlocka? – uniosłam powątpiewająco brew.
- Jasne. Mógłbym uczynić cię moim Watsonem, ale jesteś zbyt smarkata. – Znów ten przeklęty, słodki uśmieszek!
Przygryzłam wargę i zacisnęłam dłonie w pięści powstrzymując się od ciśnięcia w niego piorunem. Nienawidzę, gdy prowokuje kłótnie.
- To, że jestem od ciebie 2 lata młodsza i jakieś 30 centymetrów niższa, nie oznacza, że…
- Przymknij się – poprosił łagodnie, przerywając mój bulwers. – Chcesz wiedzieć, czego się dowiedziałem?
Ciekawość wzięła górę. Wydałam z siebie ciężkie westchnienie, kiwnęłam głową, przesunęłam się pod ścianę sklepu i oparłam o nią. Jack usiał przy mnie, również się opierając.
- Nic nam nie grozi – rzekł tylko.
Nastała długa chwila ciszy.
- To wszystko? – spytałam po minucie milczenia. Zamknęłam oczy i skupiłam się na oddychaniu, żeby nie zrobić mu krzywdy.
- Mhm. Poszli sobie w inną stronę.
Odwróciłam głowę ku niemu. Miał zadowoloną minę; widocznie czerpał satysfakcję z nowego sposobu irytowania mnie. Ale ja zdecydowałam: nie dam się tak łatwo sprowokować.
- Skąd wiesz, Sherlocku? Widziałeś ich?
- Nie widziałem. – Zauważając moje pytające spojrzenie, dodał szeptem: - Historia, kotku.
- Wiem, że jesteś popieprzonym maniakiem, ale nie wszyscy uwielbiają się uczyć o wydarzeniach z przeszłości, mój drogi Napoleonie, więc łaskawie oświeć tę większość.
- Dlaczego Napoleon?
- Bo tak – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. Czułam, że nerwy mi puszczają.
- Solidny argument – parsknął śmiechem.
- Mów – rozkazałam.
- Okej – spoważniał i zaczął wykład tym swoim profesorskim tonem. – Łowcy Obdarzonych to organizacja, która została utworzona na początku XV wieku, czyli jakieś 200 lat po naszym przybyciu na tę planetę. Założyli ją oczywiście Nieobdarzeni, ponieważ czuli się gorsi od Obdarzonych. Jak pewnie się domyślasz, ich celem było wyłapanie Obdarzonych. Co z nimi robili – o tym krążą różne legendy. Jedni mówią, że byli wampirami i wypijali krew swoich ofiar do ostatniej kropli; inni, że robili na nich różnego rodzaju eksperymenty; znajdą się też tacy, którzy myślą, że Nieobdarzeni w jakiś sposób wysysali z Obdarzonych dar. Oczywiście każdy uważa Łowców za legendę, zmyślonych bohaterów – ja jednak jestem stuprocentowo pewien, że ta organizacja nadal istnieje, a Łowcy Obdarzonych grasują po całym świecie szukając ludzi z darem. – Zamilkł na chwilę. Odchrząknęłam, żeby o coś zapytać, ale on kontynuował ciszej, zamyślony, zapatrzony gdzieś w przestrzeń: - Uprzedzam twoje pytanie – wiem o tym z pewnego źródła, o którym nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział. Być może kiedyś ci powiem. – Siedział tak jeszcze przez moment, rozmyślając o sobie tylko znanym „źródle”, aż w końcu spostrzegł, że mu się przyglądam. Wyglądał na zmieszanego (chyba pierwszy raz w życiu), lecz po chwili znów uśmiechnął się tak słodko, jak to tylko on potrafi, wstał i wyciągnął do mnie rękę. – Idziemy?
- Poradzę sobie. – Odtrąciłam jego dłoń i wstałam sama. Schyliłam się po torbę i zamarłam. Zmarszczyłam brwi. – Nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Skąd wiedziałeś, ze poszli sobie w inną stronę i nic nam nie grozi? Przecież widziałeś ich tylko przez chwilę.
- Jesteś zbyt dociekliwa, złotko. Jutro i tak muszę wszystko opowiedzieć Claudii, więc odpowiem na wszystkie twoje wścibskie pytania. Chodź już! – krzyknął, a ja zarzuciłam torbę na ramię i zaczęłam biec zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo zdążył się już ode mnie oddalić.
piątek, 18 stycznia 2013
Rozdział 1.
No więc, rozdział pierwszy, mam nadzieję, że się spodoba. :3 Z góry przepraszam, jeśli jest za krótki. >.<
- Bo… równik… ee… tego… no… ma tysiąc… yy…
Znudzona, siedziałam na lekcji geografii bujając się na krześle i starając się zrozumieć jąkanie nauczycielki. Boże, co ją podkusiło, żeby wybrać ten zawód? Zero energii. Zero entuzjazmu. Zero pasji w tym, co robi.
- A południki… południki… ee… to wiecie… yy… panna Collins! – krzyknęła (łał, skąd wzięła tyle energii, by podnieść głos?!), gdy zauważyła, że prawie śpiąc wytwarzam malutkie błyskawice między palcami. Zerknęłam na niską, pulchną kobietę w okularach, uniosłam brew i uśmiechnęłam się półgębkiem, by po chwili wrócić do tworzenia moich minimalistycznych piorunów. Nie przejęłam się tym, że zwróciła mi uwagę – bo co mi zrobi? Przecież mnie nie spali, bo straciłaby pracę. Używanie daru w szkole – zarówno przez nauczycieli, jak i uczniów – jest niedozwolone. Oczywiście, mogłaby donieść, na przykład dyrektorowi, że używam swej mocy na lekcji, ale kto w naszym liceum traktuje tego babsztyla poważnie? No właśnie, nikt.
Czułam, jak nauczycielka przewierca mnie wzrokiem ze złością. Zakasłałam, żeby zamaskować śmiech. Ach, nie ma to jak zacząć dzień od wkurzania geograficzki!
Hm, pewnie zastanawiacie się, jak ma na imię ta miłośniczka geografii? Jestem Ellie. Ellie Collins. Zazwyczaj główne bohaterki książek są wyjątkowe, mają mnóstwo jakichś specjalnych umiejętności, są takie „och” i „ach”, prawda? Cóż, ja posiadam jedynie nędzny, totalnie nieprzydatny dar – umiem wytwarzać błyskawice. Nie latam, nie potrafię zmienić się w księżniczkę. Biedna ja. Poza tym, urodą nie grzeszę. Włosy mam byle jakie – mysiego koloru, do połowy pleców, ni to fale, ni to proste; do tego mój garbaty nochal. Jedyne, co lubię w mojej twarzy, to oczy: olbrzymie, w ślicznym odcieniu błękitu. Żebym była sobą, muszę jeszcze trochę ponarzekać: jestem zdecydowanie za niska. Chyba mi nie wmówicie, że wzrost 161 centymetrów w wieku 17 lat to normalność? Naprawdę, nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jakie to jest upokarzające, gdy wchodząc do kina na film 16+ tylko ja muszę udowadniać, że chodzę do liceum, a nie do podstawówki.
***
- Elluś! – Jack, chłopak mojej przyjaciółki, klepnął mnie mocno w plecy na powitanie, niemal spychając mnie z chodnika pod samochód. Rzuciłam mu spojrzenie, które moi znajomi doskonale znali, mówiące: „Jeszcze raz tak mnie nazwiesz, a poczujesz, jak to jest włożyć dwa palce do gniazdka”. – Claudii nie było w szkole? – ciągnął niezrażony.
- Nie – odburknęłam. Tolerowałam go tylko ze względu na przyjaciółkę, Claudię. Jednak dziś nie miałam najmniejszej, nawet maciupeńkiej ochoty na rozmowę z nim, z dwóch powodów: jeden – wracałam ze szkoły i byłam zmęczona; dwa – Claudia, jedyna osoba, dzięki której dawałam radę przetrwać 7 godzin w tym więzieniu, nie raczyła dzisiaj przyjść, więc byłam wkurzona,
- Martwię się o nią. – Zmarszczył brwi z troską. – Nie odpisuje na moje smsy, nie odbiera tele… O cholera – przerwał nagle i stanął jak wryty, gapiąc się przed siebie.
- Co się…? – nie dokończyłam, bo Jack zaciągnął mnie za róg sklepu, który akurat mijaliśmy. Otworzyłam usta, żeby nawrzeszczeć na niego i spytać, co on wyprawia, ale położył mi palec na ustach.
- Cii – szepnął. – To Łowcy.
________________________________________
Lekcja geografii - true story. <3
- Bo… równik… ee… tego… no… ma tysiąc… yy…
Znudzona, siedziałam na lekcji geografii bujając się na krześle i starając się zrozumieć jąkanie nauczycielki. Boże, co ją podkusiło, żeby wybrać ten zawód? Zero energii. Zero entuzjazmu. Zero pasji w tym, co robi.
- A południki… południki… ee… to wiecie… yy… panna Collins! – krzyknęła (łał, skąd wzięła tyle energii, by podnieść głos?!), gdy zauważyła, że prawie śpiąc wytwarzam malutkie błyskawice między palcami. Zerknęłam na niską, pulchną kobietę w okularach, uniosłam brew i uśmiechnęłam się półgębkiem, by po chwili wrócić do tworzenia moich minimalistycznych piorunów. Nie przejęłam się tym, że zwróciła mi uwagę – bo co mi zrobi? Przecież mnie nie spali, bo straciłaby pracę. Używanie daru w szkole – zarówno przez nauczycieli, jak i uczniów – jest niedozwolone. Oczywiście, mogłaby donieść, na przykład dyrektorowi, że używam swej mocy na lekcji, ale kto w naszym liceum traktuje tego babsztyla poważnie? No właśnie, nikt.
Czułam, jak nauczycielka przewierca mnie wzrokiem ze złością. Zakasłałam, żeby zamaskować śmiech. Ach, nie ma to jak zacząć dzień od wkurzania geograficzki!
Hm, pewnie zastanawiacie się, jak ma na imię ta miłośniczka geografii? Jestem Ellie. Ellie Collins. Zazwyczaj główne bohaterki książek są wyjątkowe, mają mnóstwo jakichś specjalnych umiejętności, są takie „och” i „ach”, prawda? Cóż, ja posiadam jedynie nędzny, totalnie nieprzydatny dar – umiem wytwarzać błyskawice. Nie latam, nie potrafię zmienić się w księżniczkę. Biedna ja. Poza tym, urodą nie grzeszę. Włosy mam byle jakie – mysiego koloru, do połowy pleców, ni to fale, ni to proste; do tego mój garbaty nochal. Jedyne, co lubię w mojej twarzy, to oczy: olbrzymie, w ślicznym odcieniu błękitu. Żebym była sobą, muszę jeszcze trochę ponarzekać: jestem zdecydowanie za niska. Chyba mi nie wmówicie, że wzrost 161 centymetrów w wieku 17 lat to normalność? Naprawdę, nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jakie to jest upokarzające, gdy wchodząc do kina na film 16+ tylko ja muszę udowadniać, że chodzę do liceum, a nie do podstawówki.
***
- Elluś! – Jack, chłopak mojej przyjaciółki, klepnął mnie mocno w plecy na powitanie, niemal spychając mnie z chodnika pod samochód. Rzuciłam mu spojrzenie, które moi znajomi doskonale znali, mówiące: „Jeszcze raz tak mnie nazwiesz, a poczujesz, jak to jest włożyć dwa palce do gniazdka”. – Claudii nie było w szkole? – ciągnął niezrażony.
- Nie – odburknęłam. Tolerowałam go tylko ze względu na przyjaciółkę, Claudię. Jednak dziś nie miałam najmniejszej, nawet maciupeńkiej ochoty na rozmowę z nim, z dwóch powodów: jeden – wracałam ze szkoły i byłam zmęczona; dwa – Claudia, jedyna osoba, dzięki której dawałam radę przetrwać 7 godzin w tym więzieniu, nie raczyła dzisiaj przyjść, więc byłam wkurzona,
- Martwię się o nią. – Zmarszczył brwi z troską. – Nie odpisuje na moje smsy, nie odbiera tele… O cholera – przerwał nagle i stanął jak wryty, gapiąc się przed siebie.
- Co się…? – nie dokończyłam, bo Jack zaciągnął mnie za róg sklepu, który akurat mijaliśmy. Otworzyłam usta, żeby nawrzeszczeć na niego i spytać, co on wyprawia, ale położył mi palec na ustach.
- Cii – szepnął. – To Łowcy.
________________________________________
Lekcja geografii - true story. <3
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)