piątek, 29 marca 2013

5 rozdział. :D

Macie i cieszcie się. :D
 *wiem, że pokopałam narracje >.< Jakby co, to pierwszy fragment jest Ellie, drugi Shane'a, a trzeci jest w trzecioosobowej narracji ;3*



    Łowcy Obdarzonych, wbrew naszym obawom, okazali się być przyjaźnie nastawieni do nas. Nawet chłopaki, których przedstawiła nam Noemi, powitali nas bez żadnej wrogości czy złośliwości. Czarnowłosa dziewczyna była młodsza ode mnie, choć niewiele – miała 16 lat. Mimo to sprawiała wrażenie o wiele starszej – nie ze względu na wygląd, lecz charakter, który ukształtowały warunki, w jakich żyła. Ostatecznie nie każdego nastolatka stać na to, by uciec z sierocińca, wieść koczownicze życie bez dachu nad głową i żywić się wyłącznie tym, co sam zdoła upolować lub ewentualnie ukraść. Jeżeli chodzi o pozostałych Łowców, było ich trzech: chłopak, którego wciąż uzdrawiała Claudia, młodszy brat Noemi Jason i 17-latek o imieniu Chris. Jason to 13-letni nieśmiały chuderlawy chłopczyk w zepsutych okularach naprawianych chyba z milion razy (szczerze wątpię, że cokolwiek przez nie widział) i z potarganymi blond loczkami, które ciągle odgarniał z czoła nerwowym gestem. Jakoś nie wyobrażałam sobie go trzymającego w jednej ręce miecz, a drugą poprawiającego włosy czy okulary, no ale nie będę oceniać po pozorach. Chris był natomiast dobrze zbudowany, wysoki i przystojny, jednak urody ujmowała mu jego ponura mina. Gdy witaliśmy się, burknął tylko „cześć” i poszedł postrzelać z łuku.
    Po zapoznaniu się z nimi zobaczyliśmy, że Claudia wreszcie skończyła uzdrawianie leżącego na ziemi Łowcy. Od razu rzuciła się Jackowi w ramiona (bo przecież można olać przyjaciółkę…) i zaczęły się: łzy, pocałunki i rzyganie tęczą. Nic ciekawego.

                                                                         ***

    - Już… Już chyba koniec – szepnęła dziewczyna ledwo słyszalnym głosem.
Uniosłem powieki i ujrzałem ją. Już nie trzymała dłoni na mojej piersi, tylko siedziała obok mnie opierając czoło na kolanach i dysząc ciężko z wycieńczenia. Już chciałem przysunąć się do niej i objąć ją – choć wyglądała tak krucho, że bałem się ją choćby dotknąć – ale wtedy odwróciła się do mnie zauważając mój ruch i rzuciła bezgłośne „odpocznij”, a ja spostrzegłem krople potu spływające po jej bladej twarzy oraz ciemne obwódki okalające oczy. Poczułem nagłe ukłucie winy; jak długo ona przy mnie siedziała? Ile godzin? Dni? Wyciągnąłem palec i delikatnie obrysowałem sine kręgi pod jej oczami, jak gdybym mógł sprawić, że znikną za pomocą dotyku. Niestety, nie jestem Obdarzonym, pomyślałem gorzko. Nie potrafię czarować. Uzdrowicielka wzdrygnęła się – nie wiem, czy przez to, co robiłem, czy przez to, co zobaczyła daleko za mną. Jej oczy rozszerzyły się, a usta otworzyły w niemym zdumieniu. Szybko zerwała się na nogi i popędziła. Chciałem również wstać, zobaczyć, dokąd biegnie, ale w chwili, kiedy już prawie stałem na trzęsących się nogach, jakaś potężna kula ognia trafiła mnie w pierś. To było ostatnim, co pamiętałem; później straciłem przytomność.

                                                                 ***

    - Shaaane! – pisnęła Noemi na widok Claudii, a jej twarz rozjaśnił pełen radości uśmiech. Dziewczyna w jednej chwili zmieniła się diametralnie z dzielnej, walczącej o swą wolność nastolatki w malutką, wesołą, rozentuzjazmowaną dziewczynkę. Z dziecięcym chichotem popędziła w stronę wciąż leżącego na ziemi Łowcy. Ellie tylko powitała Claudię szybkim uściskiem, pozwoliła przyjaciółce rozpłynąć się w ramionach Jacka i pobiegła za czarnowłosą mając cichą, naprawdę cichutką nadzieję, że nieznajomy okaże się  ślicznym brunetem o czekoladowych oczach. Gdy dziewczyna dogoniła Noemi, ta już klęczała przy chłopaku. Oddychała szybko i płytko, pochylała głowę, a jej długie czarne włosy spływały na twarz Łowcy całkiem go zasłaniając. Ellie również uklękła i zdezorientowana, nie wiedzą totalnie co się dzieje i co robić, uczyniła jedyną rzecz, jaka w tej chwili przychodziła jej do głowy.
- Hej… Co jest? – szepnęła łagodnie kładąc dłoń na drżącym ramieniu Łowczyni. Obawiała się najgorszego, ale nie ośmieliła się zadać  t e g o  pytania. Przecież Claudia jest uzdrowicielką, prawda?  T o  nie mogło się stać… Ona na pewno go uleczyła. Gdy z przymkniętymi powiekami powtarzała w myślach te słowa jak mantrę, Noemi wreszcie się odezwała.
- Zeref… - wysyczała ledwo słyszalnym głosem nadal dygocząc na całym ciele. Blondynka przekręciła głowę na bok i palnęła głupie „hę?”, lecz pół sekundy później odskoczyła od brunetki i zakryła dłonią usta dusząc krzyk. Przeraziło ją to, co zobaczyła; włosy Łowczyni zaczęły się poruszać mimo wiatru – one żyły własnym życiem, wiły się jak węże…
- Zerefie! – krzyknęła potężnie Noemi wstając i unosząc wysoko, dumnie podbródek. Jej usta drżały, a szmaragdowe oczy szkliły się od łez – mimo tej zaciętej miny i suchych policzków. – Wiem, że tu jesteś. Nie ukrywaj się. Pokaż się!
Wraz z tymi słowami jej włosy wróciły do normalnego stanu; już nie przypominały macek ośmiornicy, były spokojne, proste. Normalne.
W lesie nastała cisza, w której słychać było tylko szybkie oddechy dziewcząt. Noemi rozglądała się ostrożnie dookoła wyczulona na choćby najmniejszy ruch, Ellie natomiast wpatrywała się w koleżankę całkowicie zdezorientowana. Myślała tylko jedno: „Wygląda na to, że wpakowałyśmy się w niezłe gówno”…
Nagle ciszę przerwał odgłos czyichś kroków; brunetka natychmiast odwróciła się w tamtą stronę jak czujne zwierzę. Zza dużego drzewa kilka metrów dalej wyłonił się mężczyzna; pierwsze, co przykuwało uwagę w jego wyglądzie, to oczy (jeśli w ogóle można nazwać je oczami) – nie miały one tęczówek, a zamiast źrenic były małe, czerwone kropeczki. Zeref miał na sobie długi, biały, ciągnący się za nim płaszcz. Ciągnęły się za nim również włosy – niesamowicie długie, proste i zielone. Chwila… zielone?!
- No, no… - mruknął z szyderczym podziwem i wykrzywił usta w kpiącym uśmieszku. Pod wpływem jego głosu Ellie zadrżała i zapragnęła uciec dokądkolwiek, byleby jak najdalej od jego przerażającego głosu i tych dwóch czerwonych punkcików, tak zwanych oczu. Noemi wpatrywała się w niego z nieziemską wściekłością i nienawiścią, jednak z jej twarzy dało się wyczytać namiastkę strachu. Zaciskała mocno dłonie w pięści, najwyraźniej powstrzymując się przed natarciem na niego. Zeref mówił dalej tym swoim złośliwym tonem zbliżając się powoli do dziewczyn: - Wyrosłaś na całkiem silną i odważną dziewczynę. Gratulacje.
Wypowiadając ostatnie słowo zatrzymał się dwa kroki przed brunetką i wykonał szybki, nieokreślonym ruch ręką w powietrzu; w tym samym czasie Łowczyni gwałtownie spuściła głowę, wydała z siebie cichy jęk i uniosła dłoń do twarzy, zupełnie jakby została spoliczkowana. Po chwili opuściła rękę, a jej policzek znaczył czerwony ślad. Kiedy się odezwała, cała jej zaciętość i złość wyparowała – nią całą zawładnął strach, a  w jej głosie dało się słyszeć tak bardzo do niej niepodobne błaganie:
- Odejdź stąd… proszę. Zostawisz nas wreszcie w spokoju?
Zielonowłosy parsknął śmiechem:
- Kpisz czy o drogę pytasz?
Ellie, która do tej pory stała jak sparaliżowana, otrząsnęła się.
- Noemi, zostaw to mnie. Nie wiem, co on wam zrobił, ale załatwię gościa jedną błyskawicą. – A przynajmniej mam taką nadzieję, dodała w duchu. Mimo że jej głos drżał, za wszelką cenę starała się, żeby całe jej 160 centymetrów wzrostu wyglądało groźnie i odważnie. Z marnym skutkiem, jak się domyślała.
- Nie dasz rady. Jest za silny – szepnęła zrezygnowana Łowczyni.
- Daj spokój. – Blondynka przewróciła oczami i już chciała spalić mu te śliczne  zielone włoski, gdy Noemi krzyknęła do koleżanki:
- Nic mu nie zrobisz! On jest magiem, kimś więcej niż Obdarzonym! Do tego zna magię czterech żywiołów! Prędzej on cię zabije niż ty go draśniesz.
- Gadasz bzdury. To nie jest pieprzony Hogwart – warknęła Ellie wytrącona z równowagi głupotami Łowczyni. Do ich rozmowy wtrącił się Zeref.
- Nie wierzysz? – Uniósł brew i zaczął leniwie zataczać kółka palcem. Kule czterech żywiołów – powietrza, wody, ognia, ziemi – które musiał wytworzyć podczas konwersacji dziewczyn, kręciły się dokoła w kierunku wyznaczanym przez jego palec  i powoli zmniejszały zataczane koło. Wtedy Noemi i Ellie zdały sobie sprawę, że jak tak dalej pójdzie, to kule staną się jedną wielką bombą. Poczuły, że nogi odmawiają im posłuszeństwa i jednocześnie szepnęły: „o cholera”.
 



____________________________________________________
Nareeeeszcie! :D Męczyłam się z tym rozdziałem niemiłosiernie, zresztą dobrze o tym wiecie. Następnego przed egzaminami się nie spodziewajcie (chyba że zacznę uczyć się historii - to zawsze skutkuje nowym rozdziałem). Tak w ogóle, to... WESOŁEGO ALLELUJA. :3 Smacznego jajka, wściekłego zajaca i takie tam. :D

PS. Kto idzie się porzucać śnieżkami w Lany Poniedziałek? :3  

3 komentarze:

  1. ale sucharami walnęłaś na końcu.... przekleństwo! o.o uważaj natanek cie znajdzie i zabierze do piekła! a tak wogóle to fajna notka i w miarę długa nawet tylko nie za bardzo rozczajałam kto jest kto bo zapomniałam ich imiona ale spoko jakoś dałam radę ;p
    weny! Iza

    OdpowiedzUsuń
  2. O, jednak dodałaś nowy rozdział? :) Bardzo się cieszę, choć faktycznie trochę pomieszałaś. Ale w sumie zrozumiałam, nie ma się co matwić.
    Zbaczając z tematu, ten Zeref ma okropne oczy, chyba nie chciałabym go zobaczyć na żywo.
    I co dalej? Poczekamy, zobaczymy? :)
    To może teraz poucz się z historii? XD

    OdpowiedzUsuń
  3. Siemka! fajny bloog i historia^^ zapowiada się świetnie:D ciesze się że tu trafiłam :P zapraszam także na mój bloog http://life-hostage.blogspot.com/ ^w^
    Nemezis

    OdpowiedzUsuń